www.jedynasty.com - Agnieszka i Łukasz Jedynaści



Łukasz Jedynasty

Blask ciemności



Spis utworów:








Szepty samotności

W samotnej ciszy rozpruwam promień słońca,
W toni złota sensu istnienia szukając,
Wiatr obrywa liście czekające końca,
Na ostrzach górskich strumieni smutne szepty grając.

Skostniałymi palcami rozchylam płatki jeziora,
Różowej wody nabieram pełne trzewia,
Obracam dobro wszelakie w chromowy kamień,
Najpiękniejszego dla nimf w upiora przemieniam.

Unoszę w górę czerń ołowianej tęczy,
Biegnę szelest ponurej nocnej mgły słysząc...
Budzę się, biorę pióro i siadam przerażony
Do Ciebie ten list pisząc.

Beznadziejność przynosi najmilsze wspomnienia,
Twój szept miłosny przeciągle powtarza,
Dusza widzi splecione dłonie,
Serce narodziny nowej jedności ogłasza...

Gdzie więc jesteś, moja Malutka,
Przyjdź do mnie i ogrzej moje serce.
Kto porwał Ciebie z mojego życia?
Czy nie zobaczę Cię już nigdy więcej?...




Imperium świętości?

Abstrakcyjne kraje malowane światłem,
Gwałtownymi emocjami targane drzewa,
Nieobecni duchem przybywają od łez mokrzy,
Imperium miłości wciąż nienawiść zalewa.

Enigmatyczne szepty chłód żłobią na karku,
Styks płynie porywając ukojone serca,
Impulsywnie chwyta się krzyża człek winny,
Amuletu świętości łapie się morderca.

Trzciną dla jego palców są relikwie,
Emalia czerwieni niech płynie z jego rąk,
Słudzy Miłości prawdziwi zaklęci są w ciszy
Kreując swój własny ciernisty krąg.

Nikt nie usłyszy odgłosu kropel
Otoczonych mglistą mdłością ziemistej czerni,
Teraz niech każdy popatrzy na własne dłonie,
A może z nich także krew cieknie...




Blask ciemności

Nikt nie przejdzie przez wrota Wschodu,
które stoją przy każdej rzece uciekającej ku światłu,
tej niosącej życie i krew,
płynącej ku wiecznym zorzom.

Nikt nie przebrnie bagien kwasem palących oczy,
wznoszących we mgle krzyk gnębionej Chwały,
która niczym padlina nękana przez sępy
wyjąc opowiada swą piekielną historię.

Czas ucieka, wrota stoją niewzruszone,
u bram żywe stosy ciał głupców pełznących ku wodzie,
lecz tu wody nie ma już -
pustynia zamarzła aż do dna ziemskiej kuli,
krew spłynęła w otwarte czaszki morskich smoków
i stała się wszechświatem pełnym zła.

Słońce przestało świecić prawdziwym blaskiem,
odbija tylko świetliste słupy złotych monet,
składanych u wrót Wschodu w roli daniny dla bóstw,
lecz nikt nie chce świetlistego szlamu...

U wzgórz niesionych pieśnią zapachu kwiatów,
pod którymi krył się mój pośmiertny dom,
u źródeł Chwały - rzeki płynącej pylistym cieniem
duszącym dzieci nim wykrzyczą swe pierwsze słowa:
"Zostaw mnie w spokoju"...
Rodzi się lęk -
właśnie tam, wśród upozorowanych smug namiętności,
wśród nadziei wypłukiwanej bez sensu przez grzeszników,
w samym środku wszechświata niczym latarnia
błyszcząca echem kuszących śpiewów nimf.

Brama Wschodu nigdy nie roztarta w pył,
bogowie w serca wraz z powietrzem wciągają jad,
rujnują wszystko, co zrobili źle -
przede wszystkim nas,
nędzne robaki...

Brama Wchodu stoi niewzruszona,
miliony śmiałków ciągną ku niej chcąc zaznać rozkoszy,
wabieni jej śpiewem, zapachem róż, smakiem miodu...
Zwęglone ciała -
oni się nie lękają, są silni...
są głupi.

Lecz ja obrałem inną drogę,
nie zwabi mnie chromowozłoty blask wrót do Raju,
nie pójdę za nimi jak owca w zgubnym stadzie...
Ja podążę za Tobą, gwiazdo z innego wymiaru,
będę śledził cię, kochał.
Deptany przez biegnące szczury -
będę już zawsze szedł w twoją stronę...




Symfonia łez

Symfonia łez przebijająca ściany
kolcami kaktusów płaczących w ciemnościach
przemawia językiem własnej modlitwy
śpiewając pieśń wiatru na wyschniętych kościach

Posępne piękno umiera w poszyciu starych marzeń
niczym siateczka z cieni na powierzchni fali
niknie w ciemnościach mrocznych zakrętów
niczym ocean radości w stróżce wonnych żali

Ale dość już śpiewu upadłych aniołów!
Ja pragnę słyszeć symfonię radości -
Każdego dnia wśród pociemniałych wrzosowisk
Słyszeć z Twoich ust słodkie słowa miłości...




Morskie zaklęcia

Miliony lat zaklęty stał w deszczu boskich łez,
Sam płakał niczym wiatr fal bałwanów morskich mew.
Pewnego dnia zobaczył ją - piękną niczym świt,
I wtedy starego wilka okrył śniady wstyd.

Ruszył za nią, z wichrem gnał, pędził z całych sił,
Aż w końcu dopadł był miłość o której śnił.
Kochał ją każdego dnia, wśród śpiewów nocnych mgieł,
Budził się, zasypiał z nią, szczęśliwym człekiem był.

Łotrzy dwaj któregoś dnia złupić chcieli dom,
Porwali jego miłość w dal i serce przeciął grom.
Szukał jej miliony lat w deszczu boskich łez,
Odnalazł ją któregoś dnia pośród morskich mew.

I trwali razem milion lat, po kres morskiego dna,
Ona piękna niczym rajski ptak i on jak nocna mgła...




Padając na pysk

Świat -
czy to kolebka niesprawiedliwości w której się chwieje,
wiedząc, że będę obśmiany: jakiś ty biedny.
Nie mam prawa wglądu w coś, co mnie dotyczy,
coś, co istniej we mnie,
we własne myśli i własną duszę.

Nie pragnę mieć Cię na własność,
nie potrzebuje stałej kontroli Twoich myśli,
bo ufam Ci nawet kiedy milczysz.

Boże - dziękuję, że nie dałeś nam ogonów,
dawno byśmy się wszyscy wykrwawili,
umarlibyśmy z wycieńczenia od ciągłego biegania
by je sobie wzajemnie poobgryzać.

Kochanie, spójrz na mnie - klęczę przed Tobą,
jesteś moim Bóstwem, oddal się,
pozwól sobie na uwielbienie, na zapatrzenie,
na słowa o tym, jaka jesteś naprawdę.
Nie zamykaj swoich oczu,
nie zasłaniaj uszu kartami chłodu -
jesteś moim bóstwem, oddal się,
pozwól sobie na uwielbienie, na zapatrzenie,
na miliony chwil radości, które Ci umykają.

Świat -
widzę jego kres za zsiniałym horyzontem,
oddala się by nas ukarać, byśmy trwali w milczeniu.
Boże, czemu nie chronisz nas przed nami samymi,
potworami z rycerskich legend, które niszczą miłość.

Kochanie, spójrz na mnie - klęczę przed Tobą,
nie pragnąć Cię na własność,
wierząc w Twoje słowa nawet kiedy milczysz.

Pewnego dnia obrócę w pył złe wspomnienia,
zabije wszystkie robaki kłębiące się w mojej głowie,
zgniją zakopane w ziemi - niech odrośnie dobro,
może jakieś marny krzaczek wypalany przez słońce...
Jednak księżyc chłodem przepełni żałosny śpiew,
przegoni litość i opamiętanie,
światłość z głosu pokrojonych serc krzyknie po raz ostatni
i umknie za zsiniały horyzontem,
który obleje boskie śmietnisko.

Skarbie, tylko spójrz na mnie - klęczę przed Tobą,
nie pragnę Twoich łez, twych wnętrzności, twoich myśli,
nie pragnąc Cię na własność...
Ufam Ci, wierzę w Twoje słowa nawet kiedy milczysz.
Odezwij się a coś Ci powiem,
dwa słowa, które trwają przez rok i pół roku,
które kiedyś były skazą na bukiecie doznań,
teraz są symbolem wszystkiego, co mogę Ci ofiarować.

Świat - wiem, że każdy chce mieć jak najwięcej,
każdy pragnie spożytkować to co ma, żeby nie żałować...
Jednak patrzę na nich z zadartym do góry łbem,
ze świńską dumą spoglądam na łachudry w lśniących limuzynach,
pyszne pseudoczłowiecze odpady udające kres doskonałości.
Z dumą poniżonego nieudacznika patrzę na ich pokrwawione ręce
w których trzymają zasmarkane dokumenty,
teczki pełne zamaskowanych wyroków śmierci...
Rozmawiają o tym, kogo dziś zagłodzić,
kogo wyrzuć na bruk - programowo, trzeba dotować wojsko,
kupować im pieprzone samoloty i opłacać morderców!
Pluję na nich, politycznych skurwieli,
pluję na was, pseudoludzi w garniturach.

Boże, Kochanie moje, dlaczego to musi tak wyglądać?
Tylko spójrz na mnie - klęczę przed Tobą,
jestem inny.
Nie, nie pragnąc Cię na własność!
Pragnę Cię kochać, pragnę z Tobą być,
przynosić Ci radość, przynosić Ci uśmiech...
Skarbie, przysięgnij mi, że nigdy nie pobiegniesz,
że nie złamiesz mi serca...
Obiecaj mi, nie będziemy z nikim walczyć,
ukryjemy się w naszej krainie -
w zabitej dechami dziurze, jak ją nazywają...
Bądź ze mną...
Jestem inny.




List do Dziadka

Umarłeś...
Ile bym dał byś znów zasiadł z nami przy stole.
Umarłeś... W milczeniu Twoja dusza opuściła ciało...

Umarłeś... Ja chciałbym się z Tobą pożegnać,
uścisnąć Twą dłoń przed wyprawą w nieznane.
Wszystkie obrazy odżyły na nowo -
Twoje kłótnie z Babcią, śmieszne historyjki,
dziwne opowiastki...

Twoje serce utoczone ze szczerego złota
zabiło dziś po raz ostatni,
zgasła Twa iskierka -
Bóg zabrał Cię nam, żywym.

Wtrącony do zimnego grobu nie będziesz czuł zimna,
poczujesz ciepło, Twoje oczy porazi jasne światło,
otworzy się brama...

Chwyć Go za rękę, niech Cię poprowadzi -
my wszyscy tam będziemy, spotkamy się
i opowiem Ci o swoim całym życiu,
o mojej żonie, o moich dzieciach...
Opowiem Ci o wszystkim, Dziadku.

Wiesz, nigdy tego nie powiedziałem, ale kocham Cię.
Przepraszam Cię za to, jaki bywałem.
Wybacz mi i pozwól mi pójść za Tobą.
Któregoś dnia się spotkamy, Dziadku,
uścisnę Twoją dłoń i razem zasiądziemy przy stole...




* * *

Leżę na łożu skutym kolcami róż,
w oczekiwaniu teraźniejszości zatapiam się w przeszłość.
Widzę jezioro, w którym dawno temu dryfowałem,
list w butelce - przesłanie miłości opadające bezwładnie
na parę kochanków tulących się na zbutwiałej, drewnianej kładce.
W powietrzu rozbrzmiewa śpiew pierwszych pocałunków,
zapach natchnionego wilgocią powietrza,
kiedy kochankowie wchodzą razem na szczyty,
razem odkrywają wielkie tajemnice istnienia,
pieszczą swe zmysły gorącą namiętnością i wieczornymi rozmowami.
Z nad jeziora biegną mokrzy do sypialni
by ciało mogło przeżywać to, co czują ich poranione serca.
Odkrywają siebie niczym nurkowie podwodne głębiny...
Mokre od potu, zgrzane ciała tańczą na szalonym balu,
oczy nie zważają na patrzące chłodno jaszczurki -
widzą tylko dwa cienie rozpalonych tancerzy szalejące na parkiecie:
on - zapatrzony w nią, zachwycony jej pięknem młodzieniec
i ona - słodka księżniczka pachnąca kwiecistą miłością.
W powozie zaprzęgniętym w prawdziwe marzenia
wdrapują się na sto siedemdziesiątą drugą górę,
by podziwiać świat pogrążony w oczekiwaniu, niepewności.
Patrzą w niebo, nadchodzi burza - wieść o rozłące...
Dlatego leżą na osobnych łożach skutych kolcami róż,
pąki ich bliskości trwają w oczekiwaniu, niepewności...
Otwieram oczy i widzę nadzieję, otacza mnie ze wszystkich stron,
ale boję się spojrzeć jej w oczy - raz spojrzałem,
a ona splunęła mi w twarz...
Ale zawsze mogę zamknąć opuchnięte od płaczu oczy,
ujrzeć parę kochanków stojących na starej drewnianej kładce
i pomyśleć, że już niedługo wszystko będzie tak jak dawniej:
Pragnę każdego ranka budzić się przy mej miłości,
pragnę tulić ją wyszeptując miłosne strofy,
czuć jej cielesność przy swojej cielesności...
PRAGNĘ BYĆ Z NIĄ. W DZIEŃ I W NOCY. NA WIEKI WIEKÓW.
AMEN.




Pułapka w ciemnościach

Ujrzałem dziś kaszmirowy błysk w oczach nocy,
mtafizyczny strumień pieszczot potęgi snów,
wabił mnie słowami niepocieszonej nadziei
pragnąc porwać mnie ze swoim prądem,
bym biernie dryfował w chłodnej toni śmierci.
Ale ja wiedziałem jaka jest naprawdę -
noc przynosi tylko ból rani umysł rozpaloną brzytwą,
którą przebijała miliony naiwnych serc.
Niczym kociookie anioły upadłe z piedestałów,
pozornie piękne, czekające naiwnie na łożu,
woskowe księżniczki,
przemienione w trupie czaszki wyjące po zmroku.

Widziałem noc jak nadchodzi piękna,
owiana zapachem mokrej ziemi, obsypana gwiezdnym brokatem
w sukni uszytej z tysięcy melodii rozkoszy...
Ta noc pragnie omamić, zahipnotyzować, upodlić w tęsknocie -
przynieść żal, wygrać ze światłem zamykając je w smutku,
kryjąc je pod szarymi popiołami samotności.

Tańczyłem w świetle omszałych konarów,
w blasku żółtej wody oplatającej bladego topielca,
biegłem po radioaktywnej strefie podniecenia
wiedząc, że biegnę do nikąd, porwał mnie wir nocy.
Objąłem ustami ostrą krawędź kielicha pełnego łez,
zraniłem swój język i milczała we mnie miłosna pieśń,
ale teraz pragnę ją uwolnić z niewoli mojego serca,
pragnę krzyczeć, że jesteś dla mnie całym światem,
ogniem i wodą, ziemią i niebem.
Chcę, byś wiedziała, że nadszedł już czas by wylać łzy,
nadszedł czas na spełnienie -
pomóż mi siłą serca spiętrzyć odlane z chromu marzenie.
Pragnę wyrwać się z pułapki nocy,
pragnę uciec z zasadzki ciemności.




Miłość w blasku nocy

Z seledynowej toni wynurza się każdej nocy
i flirtuje z osiwiałym ze starości stróżem nieba,
błękitna Nimfa owiana zapachem leśnych konwalii.

Stąpając po liliowych liści bukietach
rozsiewa nieskończoność magicznych gwiazd na wodzie,
jej lekki oddech ściele się słodką mgłą.

Jej lica jaśnieją w anielskim uśmiechu,
piersi prężą się nabrzmiałe pod brokatową suknią,
gdy złote włosy droczą się z kapryśnym wiatrem.

Pochyla się nad posłaniem wyrzeźbionym z soczystej zieleni,
tam jej kochanek skrył się osłaniając niebo chmurzystą tarczą,
skrywając miłość przez platynowym gąszczem gwieździstych oczu.

Dzień wstaje szczęśliwy obudzony świetlistą łuną,
bladoniebieska tafla jeziora marszczy się, niebo razi oczy,
nasi kochankowie muszą czekać, do kolejnej sennej nocy...




W naszych czasach

Gdzie byłeś, człekokształtny relikcie przeszłości,
czy szukałeś swego miejsca, lepszego świata, miłości,
czy może w imię bóstw przebijałeś sztyletem szmaty na karku wroga?

Gdzie jesteś, zmęczony człowiecze u progu nowego tysiąclecia,
czy przybyłeś by ratować swój byt, ratować duszę i umysł,
czy może przystroić ciało ozdobami z kości głodnych?

Dokąd zmierzasz, zawszony cyborgu nowoczesności,
czy potrafisz zwrócić krwiste oczy do swego wnętrza i pomyśleć w milczeniu -
kogo gonisz, za kim biegniesz, może prowadzi cię mistrz zła?

Spójrz w niebo - czy słyszysz śmiech Szatana?
Zapadasz w mrok, Bóg już rzekł: wyrok wykonany -
na planecie gnoju każdy z nas będzie pogrzebany -
ale czy on udany?
Bóg zamilkł.




Nie umierając

Żyję pragnąc śmierci, martwych powiek
wiatru szaleństwa w krwistookich włosach
mgieł radosnych uśmiechów znad poduszki
łez szczęśliwych

Żyję czekając objawienia,
niebo zamyka swoje ściągnięte łkaniem gardło
nie połyka mnie, ja żyję, żyję...
pragnąc żyć w milczeniu, bez języka

Nie umrę, wszyscy umierają
samotnie biegnąc po tafli naciąganych przeżyć
w krzyku szukać, szukać namiętności
czy ktoś krzyczy do mnie
nie, nikogo tu nie ma, jestem sam
tylko ja - sam, nieśmiertelny
wszyscy umarli
nienawidzę cię, nieśmiertelności




Oda do Ciebie

Chciałbym przeminąć nieskończoności granice
z tobą przemknąć w cień uśpionych gwiazd
uwolnić się z objęć łańcuchów smutku
by zabił mocniej mój omszały głaz

Chciałbym przepłynąć w snu oblicze
z tobą ukryć się w pierzynie traw
w duecie ze świerszczem zagrać radosne ody
usłyszeć szum drzew milionów braw

Chciałbym skoczyć do szczęścia rzeki
by twoje włosy mogły pachnieć uśmiechem
wonnym jak rosa na rzęsach szroniałych
spokojnie radośnie droczących się z echem




W zbroi żałosności

Ukryłem się w ciasnej klatce
swojej podświadomości,
stoję pod ścianą.
Przede mną stoi facet,
na jego dłoni wycelowany we mnie palec.
Mówi coś,
krzyczy,
płacze,
z jego słów cieknie krew.
Jest żalem o zmarnowany czas,
jest mną,
trafiłem do swojej przeszłości.

Nie chciałem biec jak wesz po łysym łbie,
chciałem spokojnie zatrzeć przyszłości rajem,
który trwał teraz i tu.
Carpe diem - krzyczałem,
a wystarczyło spojrzeć w lustro.
Byłem głupi. Jak but.
Nie żałuję.

Co powiem za miesiąc,
za rok,
za sto lat?

Czy na dłoni wyrośnie
granat z zawleczką w mojej kieszeni,
czy dłoń zaciśnie się w pięść?
A może w słońcu zabłyśnie
uniesiony do góry kciuk,
gladiatorze.




Zstępujący (Łzy zaleją ziemię)

Objawiłem się, lecz nikt mi nie wierzył
wyśmieli mnie, napluli w twarz
choć czekali bym przyszedł w chwale
powtórnie - teraz nie wierzą

A mogłem patrzeć jak wyrzynają się nawzajem
nie reagować ma modlitwy, prośby, błagania
wierząc zawierzeniu wiary wierzących
teraz nie ma sensu

Chcieli mnie zamknąć w domu wariatów
wytrzeć mną buty, uderzyć w brzuch
i tak zmartwychwstaniesz - śmiali się
usiadłem i zacząłem płakać

jestem bezsilny
w obliczu ich głupoty - pomyślałem




Moje pisanie

I znów przyszło mi słuchać tych samych słów,
Te same usta milczały jak gąszcz ran,
Nie umiem mówić! - krzyczały,
Choć słowa pragnęły brzmieć echem od ścian.

Moja poezja wciąga w otchłań myśli mą jedyną muzę,
Której dusza pomaga mi rozsypane paciorki nizać,
Nie wiem co robić, porzucić pióro?
Tak, czas dojrzeć do końca i przestać pisać.




Herbata

"Chciałabym się napić" - szepnęła mu
do ucha, a on czym prędzej wybiegł do
kuchni. Wrócił, trzymając w ręku nóż i
szklankę, był blady.

"Co ty zrobiłeś" - krzyknęła w
przerażeniu, widząc nóż i szklankę w
jego dłoniach. "Chciałem dać ci
wszystko co mam, serce, zalałem je
wrzątkiem... próbowałem, nie pij.
Gorzkie" - upadł i skonał.




Oda do (mojej jedynej) Radości

Odezwij się Radości
pokryta kruchą warstwą gwiezdnego pyłu,
powiedz do mnie jedno blade słowo,
a powiem Ci kim jesteś...

Jesteś jasnością wśród pęczniejącej ciemni,
lazurową tęczą na powiekach nieba,
schronieniem, wnętrzem sukni kwiecistego pąku,
w zgłodniałych dłoniach kromką pachnącego chleba.

Jesteś miodem płynącym przez moje palce,
nie mogę się cieszyć słodyczą pragnąc chłonąć rzekę,
myśląc, że tak mało mogę mieć a tyle bym chciał,
a może zamiast prosić Boga o miód zbudować pasiekę?

Radości moja jedyna, pachnąca kwieciem utulonych łez,
brak mi słów by móc Cię nazwać, odchodzę więc już bez słowa,
milknę, niech cisza i serce wprost powie ci wszystko,
czego nie może odnaleźć moja zbolała głowa.




Spójrz na mnie!

Patrzysz na mnie przez szybę poplamioną winem
zarysowałaś różowym cieniem kilka kropek duszy
uśmiechnięty to ja, smutny już nie
przygnębiony ktoś inny a radosny twój kochany

Czas mija, róż rdzewieje, już nie chcesz rozmawiać
bo przygnębiony, bo smutny - nie ja

A ja stoję na placu boju, samotnie w deszczu liczę łzy
moje kruche kości rysując elipsę na ziemi
chodzę w koło w więziennej celi i uczę się
uczę się grać rolę w teatrze snów - by przegonić smutek

I nawet kiedy mija żal, szukasz w moich słowach kluczy
by otworzyć moją duszę - uważaj na cieknącą gorycz

Wczoraj byłem radosny i jakże kochany
dziś smutny i odtrącony
ale ja proszę: spójrz na mnie całego
wyrzuć ten róż na czerni nakropiony




Tupiąc w oczekiwaniu

Skryć się pod grubą, ciepłą kołdrą ciemności,
wtulić się w puszystą poduszkę oschłych łez
i zasnąć w soczystej samotności, bez strachu.

Uciec w za dużych butach na bezludną wyspę,
położyć się ciasno na główce szpilki,
przecisnąć się przez igle oko -
na drugą stronę,
tam, gdzie jest uśmiech i szczęście.




Sen kwiatów

Czerwona róża pąk swój tryumfalnie zamyka
zaciska płatki buntując je w pięść
pragnie ukryć się w lesie
w głębi ciemnych paproci

A ja miałem niewiele:
słów wonnych zbiór w miejsce skrzących się koron
uwielbienie nad płatki i słodycz nad kolor
puste piękno - przeminie
pozostanie gorycz

A mogłem być inny
wiedzieć wszystko
rozmawiać bez słów
dotykać bez czucia
a mogłem być inny




Samokołysanka

Nadchodzi cichutka noc nagusieńkiego świata,
czas już zasnąć z marzeniami, dać odpocząć sercu,
położyć się na mięciuteńkim łóżku pachnącym igliwiem
w chłodziutkiej dębowej chatce i zmrużyć oczka,
wsłuchać się w cichutkie pukanie do drzwi,
radosną pozytywkę dzwonów na kościelnej wieży
i głośniejsze uderzenie młotkiem -
ostatni gwóźdź.




Wierząc tylko sobie

Zasłaniam się kokardami ze starych, pogniecionych gazet,
przestaję wierzyć swoim własnym słowom -
tak jak ty...

Zamykam się w sobie przestając wierzyć w miłość,
zamykam swoje oczy, usta, zaciskam mocno dłonie,
tak jak ty...

Moje słowa spływają jak deszcz po gładkiej szybie,
moja poezja to tylko arytmetyczne ciągi różnych słów - wierzę,
tak jak ty...

Wiem, że nie będziemy żyć wiecznie, że nie ma nadziei,
że jesteśmy głupcami budującymi zamki na lodzie, cieniami tylko,
tak jak ty...

Pragnę płakać w samotności i zaufać sobie, tylko sobie,
wierzyć tylko w swoje śnione koszmary i umrzeć w samotności,
tak jak ty...




Czwarta część

Zaglądam do wnętrza mojego domu
w środku pada deszcz, mgły zasłoniły obrazy na ścianach,
nie mogę się ukryć w starym, obwąchanym kącie,
gęsty chłód omroziłby moją twarz.
Idę się przejść - daleko by zgubić drogę
i znaleźć nową, nieznaną, przykrytą warstwą starej ziemi,
archeologiczne odkrycie mojego dotychczasowego życia.
Zamykam oczy, by nie widzieć bolesnych błysków burzowej nocy,
usypiam serce by nie czuć drżącej, nabrzmiałej ziemi,
dotykam czołem skutej lodem ściany by uśmierzyć ból,
ból istnienia...

Ale wszystko już porzuciłem w oddali,
teraz biegnę tam, gdzie chcę biec, otworzyłem oczy,
już wiem, że żyję by kochać i żyć miłością...
Wyrwałem wskazówki zegara, nie płakał - nie ma łez -
teraz sam będę malował czas.
Samemu będę rozwijał dzień i zaciągał noc,
będę wył jak wilk do lśniącego przeznaczenia,
będę sobą, sobą, sobą...

Chyba.




Krótka droga

Wybrałem swoją drogę
spaliłem most
i dobrze




Nadgrobowy letarg

Przygniata mnie szara sfera strachu,
a przecież sam otworzyłem kufer przerażenia,
sam wydałem na siebie wyrok - nie żyję już.
Wstaję rano martwy, martwy kładę się spać,
unoszę martwe powieki i patrzę na mój martwy świat.
Wszystko powoli umiera razem ze mną,
zło i dobro, noc i dzień,
i księżyc i słońce,
las i woda,
uczucia, pamięć, spojrzenia.
Natchnienie.

Wszystko umiera
aby się odrodzić.
Bym odkrył na nowo
świat i życie.




Pole bitwy

Pragnę powiedzieć, że kocham życie
krzyczeć, że zgasnę wraz ze słońc purpurą
ale boję się

W duszy przeciw sobie mam dwie armie
gołosłowni aniołowie walczą z rycerzami strachu
choć mają tylko nadzieję przeciw mieczom

Moja dusza - oby była polem chwały
pragnę odżyć i pójść w końcu w swoją stronę
nie być tylko skrawkiem targanym przez wiatr...




Nadziemskie duszy granie

Chciałbym choć przez chwilę być tylko dotykiem ust
smakować twoje różowe nabrzmiałe
chłonąć nadpożądliwe słowa
gęsty rozpalony szept
do czerwoności

Jedną z chwil być wodzeniem opuszkami palców
wodząc uwodzić twoją mokrą skórę
i ciepły potok włosów gładzić
zamieniać satynę w grzech
gasić pragnienie

Przez wieczną sekundę oka jednym spojrzeniem
konać z zachwytu patrząc w twoje gwiazdy
pieścić lubieżnym blaskiem ognia
bezpiekielne krągłości
dotykać duszy

Tylko zmysłami w czasach dusznej namiętności
i podnieceniem strącać krople rosy
przemienić nas w gorącą jedność
spazmatyczną ekstazę
krzyczącą w nocy




Zaklęte brzmienie myśli

Dotknąć dłonią wartkiego strumienia marzeń,
krzyknąć by echo przyniosło melodię snu,
namaścić duszę balsamem kojącego brzmienia słów
by wszystko było jak dawniej, teraz i tu...

Dotknij strumienia... czujesz?
To życie umyka ci pomiędzy palcami.




List w butelce

Szła sama lawirując o zachodzie słońca, on był daleko
wstrzymywała oddech by wstrzymać łzy okalające jej policzki
szła plażą, patrząc w samotne słońca rozdzielone brzegi
marzyła o nim, o sobie jaką znała do tej pory, bez kłamstw
patrzyła w niebo, kiedy iskra upadła na błękitną taflę

Wyciągnęła z butelki list, list na który czekała, list od niego
on wlał do butelki radosną smugę znaków i zachwytu:
czy to naprawdę ty? nie wierzę, to ty! moja miłości
włosy opadły ci na twarz, złote włosy, szary błękit oczu
to ty, nie mogę się mylić!
piszę, by wyznać ci prawdę o nas, opowiedzieć wszystko
wyrzucić słowa, których oboje jeszcze nie znamy
pragnę powiedzieć ci, że wszystko będzie dobrze
wrócę, zobaczysz

Przycisnęła do serca słowa, on poczuł na twarzy jej ciepło
choć był daleko i ona jeszcze dalej
wiedziała, że wiatr przyniesie jej szafirowe sny
sny o jutrze - lepszym, pełnym, radosnym
odartym ze złudzeń




Rozmówiona niemożliwość

podnoszę słuchawkę
słyszę znajome głosy
głosy moich bliskich
są daleko
wszyscy krzyczą z oddali

nie widzę nikogo
samotność przysłania mi świat
chciałbym tak po prostu podejść
i powiedzieć kilka słów
i zabrać tą jedyną
upewnić się
że jest prawdziwa
że jest taka sama

zbliża się koniec rozmowy
kilka słów na pożegnanie
łzy spływają z policzków
po palcach ciekną na dłonie
mogę je wytrzeć o spodnie
albo o swój własny rękaw

zamykam oczy
już widzę ją
tą jedyną
jest taka sama jak była
nie inna
ale boję się
boję się zmian
zmian na gorsze
końca tęsknoty
miłości miłości
końca świata

smutno mi
Boże




Tańcząca w ciemnościach

Tańcz! - krzyczy wiatr zmierzchom marmurowych włosów,
pokrytych bladym lśnieniem mojej ciężkiej duszy,
tańcz, nie marnuj szans na bycie tam, gdzie byłem sam,
bez nikogo obcego jak iskra pośród złych snów.
Nie musisz tańczyć, ale tańcz, niech cię widzą na ostrzu
platynowego noża, niech wżyna się w smutną pieśń -
niczym ostry kolczasty drut pomiędzy nami.
Tańcz! - niech cię zobaczę.




* * *

Sam w lesie przyczajony
jak oddech zabójcy
sam w lesie roztargniony
jak samotny kwiat

Jest ciemno, brakuje tchu
duszność zabiera myśli w mrok

Zamykam oczy by nie widzieć
zatykam uszy, zasłaniam nos
serce czuje - tak bliski strach

Sam w lesie przyczajony
jak oddech zabójcy
sam w lesie roztargniony
jak samotny kwiat




Niewidzialny wróg

nowa wojna cywilizacji
wschód - zachód
biedni - bogaci
dobrzy - źli

samoloty
jak sępy
szarpią rany kolosa
dawid pokonał goliata

nie uciekał
jest niewidzialny




* * *

siedzi w fotelu, wygodnie, noga na nodze
telefon drży w dłoni
czeka - niech wstaną, niech idą
gładzi włosy ponad spoconym czołem

już czas - myśli
teraz - krzyczy
i staje się

staje się to, co chciał by się stało
nienawiść uderza echem Oklahomy
cel osiągnięty
konsternacja, stosy trupów

wstaje, bez lęku
władca strachu nie boi się nikogo
niczego

a miłość zamiera w głębokim oddechu
świat nigdy nie będzie taki sam
bez pragnień




Dni cienia

Dlaczego zadrżały fundamenty świata?
Szatan z uśmiechem spojrzał w nasze serca,
nienawiść rozkochał w magmie bladych zwłok,
cień strachu rzucił na chaos rozbieganych ludzi.

Ludzkimi rękami,
takimi jak moje,
jak twoje.

Z nienawidzących,
szalonych oczu terrorysty.




Bez słowa

zniknęłaś bez słowa
roztopiłaś się w powietrzu
znikł wątły zapach twoich perfum
gdzieś
gdzieś daleko

nie wiem gdzie

czy mogę cię szukać
aniele światłości




W gołębniku

Mam stać, nieruchomo,
bez drgnięcia mięśni, bez mrugnięcia okiem.
Mam stać, nie wolno mi się ruszyć,
powiedzieć choć słowa...

Mogę patrzeć, na Ciebie - gołębicę,
jak wyrywasz sobie mokre od deszczu pióra.
Mam stać, nieruchomo,
nie mogę podejść... uciekniesz.

Jeśli dotknę Cię, choć raz,
wbijesz swoje usta w moje serce -
nie raniąc, lecz broniąc się
przed aniołem niosącym pomoc.




W matni słów

Oplotłem cię jak pająk siecią milionów zdań...
i nie odróżniasz słów - prawdy od kłamstwa,
wojny od rzuconego w złości kamienia.
Wyobraźnia wygrywa bitwy.
Samotnie, bez przeciwnika.




* * *

W ten piękny dzień
czekam na Ciebie skulony pod kartką
zwiniętą w rulon ognia Twoich ust

W ten piękny dzień
nasłuchuję podwójnego bicia serca
wypatruję złotego lśnienia

Te tej piękny dzień
snuję się samotnie
zapomniany




Ostatnia noc

Na słodkiej krawędzi opuszczonej powieki
nocna kreska tuli gęste rzęsy
ciemna smuga łzy spływa po matowym policzku
po ustach kwiecistych od kolejnego stosu róż
płonących róż

Niezawodny blask błękitu kryształowych oczu zgasł już
krwista siateczka rysuje te same obrazy
widma nieogolonych twarzy tysięcy obcych ludzi
patrzących z pogardą na nagie ciało
w uśmiechu jej łez

Drżąca, zmęczona dłoń ociera łzy szybkim gestem
jest silna, wywalczyła niezależność, nie może się ugiąć
jest tak blisko celu, jeszcze tylko jedna noc

Smutne oczy śledzą dwie smugi halogenowej nadziei
w dygoczącym sercu nie ma strachu
nadzieja otacza ją, zaprasza do środka
ona wsiada - ostatnia noc, ostatni raz
ostatnie kilka groszy na jej kurewski pogrzeb
w kurewskiej trumnie oplutej przez jej klientów
zbroczonej ich spermą, w pogardzie
jeszcze tylko jedna noc




Domrąk

Z ust do ust uśmiechy jak obłoki marzeń
jak ulotne dłonie z oczu w oczy
tysiące zdarzeń, obcych fal
słowa bez słów jak szelest brzozowych liści
tam, gdzie byliśmy

Milkną światła - odlewy gasnących oczu
dłonie zaciśnięte na firanach nieba
stygną w głębi zimnej anonimowości
nie chcą szarpać - chcą gładzić
jak tam, skąd przybyliśmy

Poranek, wieczór
czy kiedykolwiek wrócimy?
tam, gdzie byliśmy




* * *

Uciekam w inny świat - tylko moich słów i obrazów
egoistyczny jak ostatni cukierek w torebce
przekraczam zimne wrota
błądząc w poszukiwaniu jakiegokolwiek muru
krat czy bramy...

Jestem sam na zaśmierdłym pustkowiu
bez snów, bez marzeń, bez ciała i duszy
już nie czuję zapachu świeżo skoszonej trawy
nie czuję miękkiego piasku pod stopami
nie unoszę się jak ptak ponad wodami

Niknę we własnych słowach
w przeklętej poezji






Olsztyn 2000-2001




(c) 1999-2009  Agnieszka i Łukasz Jedynaści