* * *
Przepraszam, czy widział pan gdzieś...
zgubiłem siebie, uciekłem jak słońce
w przerażeniu zrzuciłem skórę i zniknąłem w wodzie
ciepłej jak troskliwe dłonie
Przepraszam panią, czy nie widziała pani...
szedłem tutaj, przed chwilą, kilka minut
tą drogą, w tych butach, w tym płaszczu
gdzie się schowałem, dokąd uciekłem
ten świat jest taki straszny
i ja muszę u c i e k a ć
niech nie mówi mi pani, gdzie pójdę
niech pan nie mówi, bo znajdę siebie
i już nie ucieknę, nigdzie
Reakcja łańcuchowa
Jestem promotorem własnej naiwności
kłaniając się gardzącym oczom
tańczę jak marny żigolo w objęciach stratosfery
udającej marzenia i sny o wygranej
mojej wygranej
Purpurowe oczy weryfikują moje marzenia
stoją na straży granicy koszmaru i szczęścia
wylewają na spocone czoło
analityczne roztwory smutku i goryczy
Jestem błękitem rozszczepionego światła
znikam w szponach własnego spojrzenia
całując znicze na swoim kolejnym grobie
parzę swoje usta głuchymi słowami
parzącymi serce
Twoje serce
serce sklejone dotykiem tych dłoni
tak samo naiwnych jak miła pogawędka
z terrorystą w porwanym samolocie
Jestem promotorem własnej naiwności
kłaniając się gardzącym oczom
kłaniam się sobie
jak żigolo w objęciach swojego martwego ciała
Fałszywa prawda (ironicznie)
Zostanę łgarzem
kłamcą za grosik albo dwa
albo za sos spływający z pańskiego stołu
by nie żebrać
Niebieskie cienie na drzwiach do twojego serca
pragną słyszeć to, co pragną słyszeć
nikną w potoku prawdy jak drzewa po zmroku
przebijają komory głosem ironii
Więc dlaczego nie mogę zostać kłamcą
nie mogę żyć tak jak mógłbym żyć
gdybym tylko mógł
dlaczego?
Boję się niebieskich cieni
czy tylko dlatego?
Ommadawn
teraz, teraz, poryw, szał
myśli w popiół, obraz w miał
miłość świtu niczym wschód
jądro ciemni jest u wrót
tam gdzie dążysz niczym ja
teraz, teraz, poryw, szał
okiem w słońce spojrzeć czas
słuchać gra szaleńczy bas
w oblicza chmur zygotą oka
teraz, teraz w śpiewie smoka
gdzie ranek ran już dawno wstał
teraz, teraz ommadawn
Dzieciństwo w bezczasie
Zabawa jak młot uderza w podkowę smutku
ściąga usta w przeciwny kształt
jak śpiew wpisany grubą linią w okrąg
niknący pośród posrebrzanych skał
biegniesz, choć nikt nie goni
krzyczysz, choć nikt nie wzywa
biegniesz do mety
i to meta jest celem, nie bieganie
zabawa kończy się, głucha cisza pośród ścian
w pokoju bez okien zamknięte już drzwi
czerń oczodołów igra ze smutkiem dłoni
w których mam widły do przerzucania ścierwa
zabawek z dzieciństwa, moich uśmiechów
i sani świętego Mikołaja
biegnę, jak oszalałe zwierzę
choć stoję w miejscu krążę
wraz z ziemią
która krąży
ku swojemu końcowi
wraz ze mną
czy będę mógł Tam zabrać swoje zabawki?
proszę...
Na krawędzi
opadam z sił, poddaję się w walce
rycerz we mnie umarł
leży w chłodnej bryi zalegającej moją duszę
choć pragnął walczyć
bić się do krwi
nadchodzi ciemność
nieczuła rzeka z wnętrza bladego oka
jak zimny potop w krańcach zła
jak żal przechylający usta
kąciki warg ciągnący w dół
stajemy się posłańcami szatana
patrzymy sobie w twarze a niekoniecznie w oczy
jak w mgle błądzimy szukając światła
przydeptując źródełko jasności
nieczułymi już stopami
tyle kroków
miliony kroków
chodźmy dalej
Wielki matematyk
odebrałeś iskierkę
cały blask całe życie
zasnułeś świat żalem
spowiłeś mgłą
i patrzysz teraz
posępnymi oczami na nią
w milczeniu liczysz łzy
* * *
wyrastamy po deszczu jednego dnia
rodzimy się ułomni malutcy jak puchowe pióra
i znikamy jednego dnia zdmuchnięci przez wiatr
niczym źdźbła w bezładzie
w samotnych bezsennych oczach
w ukochanych łzach
nieukojonych
Na odejście
chłodne łoże w samotną noc
puste oczy spoglądają z lustra
poprzez pusty pokój
opuszczone duszą zasłony fioletu
igrają w świetle malowanych lal
z porcelany pustych talerzy
pomiędzy nimi niewywrotne fakty
że już nigdy nie będzie inaczej
już nigdy to łoże nie będzie ciepłe
puste oczy wypełniają się łzami
bo już nigdy
już nigdy
Spartaczona poema
gdzie jest Bóg?
powiedz mi, powiedz
czy jest gdzieś i widzi
czy kocha czy nienawidzi
czy dłonie ma czy dłuta
i czy rzeźbi świat doskonale
czy może partaczy go stale?
powiedz mi, powiedz
czy obejmuje cierpienie
za to uwielbienie
którym każdego ranka
wita go ten spartaczony świat
Stuk-puk
Rytm, rytm,
Uderza serce,
W pył, w pył,
Obraca wiersze,
Nic, nic,
Niemożność wkracza,
Krzycz, krzycz,
Głosem ciszy.
Wzgórze Podłota
Stoję na wzgórzu. Wieje wiatr.
Widzę. Tam, o tam! - na krzyżu
wisi Chrystus.
On wie, jego ojciec go kocha
i zaraz, za chwilę, już teraz
uśmierzy ból. On wie już wszystko,
zna tajemnicę
i śmieje się przez krew i łzy
i patrzy na migocące kłaczki waty
na wietrze ciemności wszelkich dni.
Podły to śmiech - nie mogąc słuchać
schodzę w dół i czekam,
czekam kolejnej wiosny
by karmić się kłamstwem zmartwychwstania.
(I patrzeć na śmierć bliskich)
* * *
patrzysz gdzieś tam głęboko
w oczy dosięgasz
co niedosięgalne
i pragniesz by wrócił
z dalekiej podróży
lub chociaż napisał
list
czekasz noc po nocy
w oczy wpływają łzy
i przez palce płyną
do dzbana na wino
wyzłoconego
zanim odszedł
Niedziela wielkanocna
zimny poranek pochmurny
całun na niebie błyskotka
świetlistością naświetlona
błona
z rybiego oka patrzę pokornie
pochmurny poranek dnieje
chwila po chwili bliżej i dalej
w toni rdzawej wody lukru
zaschłej krwi
bezprowadne nadzieje
bo poranek pokorny pochmurny
na wskroś ziemisty na zawsze
całun przyciśnięty kamieniem
Z kontrastu
Czy głowa w cieniu jest gorsza
od stóp wystawionych na słońce?
Stopy nie mają mózgu ani oczu
a głowa ma włosy i dwoje uszu -
a stopy nie mogą słyszeć kroków, zgrzytu zębów.
Czy więc cień gorszy jest
od światła? - pytam bez twarzy.
* * *
noc cicha jak topniejące sople
w ciszy cichej
jak bezdźwięczność niewymierna
tangens kwadratu ciszy do
samotności podzielonej przez dwa
* * *
to nie miało być tak
suche kwiaty w wazonie
deszcz z chmur wykręconych jak świece
to nie miało być tak
uśmiechy niezaświetlne od ust zdjęte
dłonie zmrożone i usta
szept nie tak
wskazówka zegara za cztery czwarta
a już północ
to nie miało być tak
pusty fotel na nim tylko cień
on wie to miało być
zupełnie inaczej
Łoże
dwa łóżka pożółkłe w szpitalu
pościel zalana starą kawą
odpływają od siebie
rozplątane dłonie z gąbki
choć kiedyś stały razem
jako jedno
w jaśminowej sypialni
Nego
kamyczki groszki silna dłoń
początek koniec choć nie ma końca
czasu w bezczasie czasu w bezczasie
w granicy bezgranic
siedź tu sam sieć sieć zarzucona
jutro później oby nie
teraz za moment za kilka sekund
stanie się
stanie się... już nie
Łąka
Tomkowi Kiecanie
wysuwa swój zielony języczek
jak spojrzenie od drzew zdjęte
kroplami rosy słońce poranka
chwyta w zbiedzone ramiona
przepalone szukają oddechu w świetle
kropelki małe słońca zaklęte
przeplecione jak perłowe jasne korale
nanizane na złowieszczą nić pająka
lśniącą nadzieją rozpostartą ponad
wschodzącą z ciemności łąką
Dolina sennych cieni
w śnie trzeci sen
sen marnych róż
róż które już pokrył
pokrył martwy kurz
budzę się we śnie tam cienie szepczą cicho
gdzie drugi sen zaczyna się i tańczy płacząc bez powodu
jak posąg bezlitośnie przemieniony w człowieka
kostkami cukru łza za łzą płynie
a ty spijasz gorycz z moich ust
pieścisz ciernie
błądzę cień nie ustaje
krąży krąg zaciska się dusi
już nie wiem co jest snem
cień oplata mnie
jest moją skórą
Corsum perfici
noc płonie jak rydwany szybkie pnące
uciekaj gdzie nie ma dokąd
tam jest cień bez blasku gwiazd
bez księżyca wypalone słońce
apokalipsa rozbłysła ciemnością
Modlitwa tej bezsennej nocy oczekiwania
boję się Boże
nie wątpiłem a serce mam pełne strachu
jakbym był na ziemi tylko cieniem
bez celu
boję się
choć deszcz obmywa moje słowa
krople biją dzwony
skrawki radości
już czas zrozumieć już czas
życie to szczęście
odnaleźć cel sens kształt
w bezkrwawej masie
jak
Boże ja się boję
ale co znaczy mój strach
wiele czy nic
przychodzę do ciebie
na twoją górę wieżę wyspę
aby prosić o jedno
byś pozwolił odnaleźć radość
cokolwiek by się działo
cokolwiek odnaleźć cel
w bezkrwawej masie
* * *
jeśli umarłbym dzisiaj
jak by pamiętali
długie krótkie ciemne jasne
szare bure jak grube nici
czy inaczej
jak plamidło na jedwabiu
oczko w rajskiej pościeli
czy jeszcze inaczej
jak tego co napisał ten stos
i sam go sobie podpalił
pisząc coraz większe bzdury
w swojej poezji
jeśli umarłbym dzisiaj
Błękit chłodny
kobaltowe zimne dłonie
objęcia kręgi koła
blask błyszczy ogień śpi
nie budźmy ich
Paranoid
boisz się szeptów
o tobie na ciebie bez ciebie
szukasz tajemnicy nieprzeniknionej
choć zagadki dawno rozwiązane
jak węzły na gardle wiążące słowa prawdy
Bikini
nie odchodź karmiąca słodyczą
swoim cieniem oblecz moje usta
odbieleją upojone zatrutym miodem
krzyczałem odeszła by znaleźć
na podłodze sączącego nektar
plamy słodyczy odcisków jej stóp
z brudnego dywanu
zbłąkane dłonie szukają skręconych kabli
gdzie moc płynący potok
gdzie sen lepki jak mokre bikini
słodka filiżanka porannej kawy
bez krwi bez krwi
Do Łukasza który nie jest mną
przyjacielu słyszysz głos mówiący odejdź
rozbrzmiewa lepką szczeliną bezsłowia
w ciszy tej mowy trwa jeden tylko sekret
wybijany przez dzwony rozłąki
czas odejść nim spłonie stos
Koci sen
uciekasz bez tchu
pazury wbite w ostry pień
w łuk światła rozdzierający mrok
w bezciszy ryku potwora
zbliża się
odgina światło pośród drzew
i patrzy na ciebie
uciekasz wyżej od łamacza serc
stalowego stwora
odchodzi w dal niknie w bezcieniu
lecz twój strach jest w tobie
już tak wysoko boisz się zejść
pazury wbite w ostry pień
budzisz się, mruczysz...
to tylko sen, kotku
to tylko sen
Bez dna
nieprzekonana rozdarta nadzieja
nieprzemkniony w strachu
boję się samotności
w której tonę
bez czułości
bez dna
Błazen
oto błazen
parodia siebie samego
planował nim być
a jest tylko sobą
i nic mu nie ucieka
patrzy na kolory czasu
patrzy i czeka
na śmiech
choć sala jest pusta
W cieniu
żyję w cieniu samego siebie
zasłaniam się kotarą ze szkła
kryształowe kule miotane krzyczą
jak ja
tak daleko do ciebie kołysaniem
mówiąc jak śpiew znów uśpiony
w bezbliskość ciał ulecieliśmy
w ten koszmar
bez naszych pachnących ciał
Requiem dla Snu
błyskają flesze wchodzisz na tron
śledzona przez jupitery oczu
przez moment lśnisz złotem perłami
krzycząca pomadka na twoich ustach
milczy język różowy pieści ją
naga stajesz się cieniem na powiece
bezszelestnie się skradasz
kroczysz bezwładnym kocim krokiem
na arenie która nienawidzi
szukałaś raju wchodząc w jego cień
wspaniały sen jest już koszmarem
i tylko lśniąca pomadka
błyszczy w świetle jupiterów
gdy naga kolejny raz
wychodzisz na arenę
Oka przeniknienie
szkarłatna anielico
przeniknij samą siebie
ujrzyj duszę swą a nie lico
twe uczucie wspomnienie
ważniejszym jest aniżeli
rzecz
* * *
biegniemy jak ślepcy poprzez labirynt
własnych cieni rzucanych jak kamienie
w wodę zanurzamy zimną swoje oczekiwanie
na naparstek światła choć zbłąkany
* * *
zataczam krąg
kolejny krąg
podając ci
płatek śniegu
na dłoni
szybko szybko
weź go nim spłonie
* * *
w czarnej chmurze krzyże myśli
przebijają chwile mojej kary
sączy się czarna woda z żył
kałuże odbiją czarne nieba
hebanowych pucharków z lodami
waniliowymi kłami zaświecił
niczym nowy Chrystus
Carpe diem
dzisiaj żyj
jutra nie czekaj
ułuda jutra zgubiła
niejednego człowieka
Sad Bushdam
śmierć wynurza się ze światła
maszeruje jasnym korytarzem
odziana w garnitur uśmiechów
nieszczerych flar błyski
aniołowie śmierci wabią dobrocią
mówią o prawdzie poprzez mikrofony
wpięte w nasze ślepe mózgowia
kto ma uszy niechaj słucha
obróci nas w proch i w pył
amerykańska zawierucha
Walc (nienazwany)
tańczymy walczyka
razdwatrzy razdwatrzy
popsuty gramofon
dudniący tym sercem
plecionym bujanym
fotelem beznogim
wirując nieśmiało
w krzywiącym zwierciadle
razdwatrzy razdwatrzy
zacięła się płyta
i znowu to samo
rozbrzmiewa na sali
razdwatrzy razdwatrzy
znikamy jak cienie
dalecy od siebie
noc i dzień dzień i noc
razdwatrzy razdwatrzy
aż ktoś odłączy prąd
Gdańsk, Węgorzewo 2001-2002