![]() |
|
Łukasz Jedynasty NO IDEA 7: Amidolia Über Alles Dzwoni kiedyś do mnie prokurator i pyta się, czy naprawdę to już koniec głupich historyjek z życia Macieja. Ja mu mówię, że koniec to mało powiedziane, gdyż żaden z subautorów nie chce słyszeć tego imienia. On zrobił smutną minę (to nie był telefon - to był wideofon) i zaczął płakać. Przytuliłem tą kobitę (bo to była pani prokurator) do swej potężnie rozbudowanej klatki piersiowej (to był wideofon 3D). Zrobiło mi się głupio, ale postanowiłem, że naprawdę nigdy nie wymienię imienia Ma**ej. Jednak świat płynie do przodu zgodnie z ruchem wskazówek zegara, a więc trzeba być szybkim i skutecznym, jeżeli chce się przetrwać. O co mi chodzi? Sam już nie wiem... Chciałem tylko powiedzieć, że to, co teraz zamierzam stworzyć w żadnym wypadku nie będzie nawiązywało do życia Macieja, ani też do poprzednich części poprzedniego serialu, którego byłem reżyserem. No, po takim wstępie może ktoś skusi się i przeczyta tę książkę... I jeszcze jedno: naszym sponsoringiem nie zajmuje już się NATO. Mam też nowy zespół niezależnych twórców filmowo-telewizyjnych, wśród nie ma takich zidiociałych kretynów jak mój poprzedni montażysta, czy cenzor... Są to bardzo doświadczeni i godni zaufania ludzie. Szczególnie ta młodziutka operatorka kamery... Dlaczego to dzieło zostało tak późno ukończone? Skąd ja mam to do cholery widzieć, skoro dopiero zaczynam pisać... Nie będzie tutaj takich rzeczy jak: słowa nieparlamentarne, brutalne sceny mordów, gwałty, rozboje, kradzieże, erotyka, pornografia, pornofonia itd. - gdyż wszystko to szkodzi dzieciom, młodzieży, starszej młodzieży, dorosłym, ludziom starym, ludziom zdrowym, chorym - po prostu: to szkodzi wszystkim! Dlatego też nie będzie tego w tej książce! (to kto to kupi? - przyp. kochanki pisarza) Rzeczywiście, chyba przesadziłem... Ale jak nikt tego nie kupi to osobiście wepchnę tą książkę Kwaśniewskiemu w tyłek, że podpisał ustawę o zakazie pornografii... No nic, tyle tytułem wstępu, więc czas na rozpoczęcie powieści... Historia, którą Wam opowiem miała miejsce tysiące lat temu. Tak, to było bardzo dawno... A może nie tak dawno... Ale chyba dawno, bo nikt nie pamięta czy dawno czy nie dawno... Powiedzmy, że jednak było to bardzo dawno. Chociaż z założenia merytorycznego mogłoby się to rozegrać nawet teraz... No dobra... Dawno... Dawno temu w ciemnym lesie, którego wąskimi dróżkami wredne gnomy woziły swoich panów na jarmark, powstało miasto. Piękniejszego na oczy nikt wcześniej nie widział... Piękne chaty kryte świeżą słomą, piękne drewniane wychodki przy głównej ulicy... Po prostu istny Raj. Ale brakowało tylko nazwy dla tego monumentu tamtych szlachetnych czasów. Król Pontus Hebeliusz postanowił, że temu, kto wymyśli nazwę dla tego miasta, odda pół królestwa i swoją teściową za żonę. Dlaczego teściową? Bo żona mu wykitowała zanim urodziła piękną księżniczkę... No dobra... Ten, kto wymyśli nazwę tak piękną jak miasto, dostanie pół księżniczki i królestwo za żonę... Przepraszam najmocniej... Szlachetny człowiek, który mocą swojego umysłu będzie w stanie wymyślić nazwę równie piękną jak owe miasto dostanie połowę królestwa i królewnę za żonę - a więc zostanie królem, jak tylko obecny król kipnie! Zgłosiło się wielu śmiałków chcących stawić czoła temu zadaniu i powiedzieć nazwę, którą wymyślili. Jako pierwszy stanął Pirrus Andolius III i odczytał głośno to, co wymyślił: - Odczytam teraz to, com wymyślił. Otóż ja, Pirrus Andiolius Trzeci z tego rodu Pirrusów, co w bitwie pod Andiolidami pokonał smoka, a w wojnie o Galię własnoręcznie... - Nie pierdol tyle, tylko mów nazwę! - król nie wytrzymał... - Tak więc jam wymyślił następujące nazwy: Dukleozja... - To mi pasuje! Bierz mą córkę, królestwo i spadaj! - Ależ królu, to dopiero pierwszy wieśniak i pierwsza propozycja, a co gdy ktoś znajdzie inną propozycję? - teściowa króla nie kryła niezadowolenia z decyzji swego "synka". - A tak, słusznie ma teściowo... Proszę o inną propozycję! Król wysłuchał 24 miliony 316 tysięcy 202 propozycje i umarł na padaczkę. Władzę w jego królestwie miał podjąć ten, kogo wygra w konkursie ogłoszonym przez królewską teściową. Chodziło o to, że na wielkiej gali na Zamku Pontusowym odbędzie się losowanie najlepszej nazwy dla miasta, a jego autor zostanie królem, dostanie całe królestwo i piękną księżniczkę za żonę. Zjawiło się mnóstwo gości przed zamkiem, ale większość odeszła usłyszawszy cenę biletu na galę... Atmosfera była bardzo miła, ale temperatura rosła. W chwili bezpośrednio przed finałowym losowanie sięgała wręcz zenitu. Na scenę weszła teściowa króla. Wszyscy zaczęli głośno skandować "zatańcz kankana! zatańcz kankana!", ale nie w głowie jej teraz były tańce. Potem jeden z widzów rzucił hasło: "pokaż cyce, mała", ale szybko go wynieśli martwego na jego własnej tarczy... Kobieta włożyła swą drżącą dłoń do beczki pełnej konkursowych kuponów i wyciągnęła jeden. Tak - był to nieodwołalny moment początku tragedii do jakiej doszło potem, no ale o tym potem... Rozwinęła kupon i przeczytała nazwę: - Suwałki. Padła martwa. Nic już jej nie mogło pomóc. Jak silnego wstrząsu emocjonalnego musiała doznać ta kobieta nie wie nikt. Ale ostatnie słowo znaczyło wiele. Słowo Suwałki stało się nazwą tego pięknego miasta. Nikt nie mógł się pogodzić z tym faktem. Jeden z rycerzy okrągłego stołu wziął kartkę w swoje ręce i odczytał nazwisko szczęściarza, komu będzie dane rządzić aż do śmierci królestwem. Jednak nie zdołał tego odczytać - umarł z przerażenia. Wizja końca świata zbliżała się nieuchronnie. Kolejny śmiałek wziął kupon i próbował przekazać światu, kto został władcą tej pięknej krainy. Nagle jednak - gdy wszyscy robili w pory ze strachu - do pięknie zdobionej sali wjechał Czarny Rycerz. Jego koń parskał ogonem i machał paszczą... Kobiety mdlały na jego widok. Pirrus Andolius III podszedł do niego i zapytał: - Coś ty za jeden? - My name is Rycerz, Czarny Rycerz... Na sali wszyscy trwali w nieugiętej konsternacji. Nikt nie ważył się zajść drogi rozpędzonemu rycerzowi, w którego zbroi można było się przejrzeć. Jego czystej krwi rumak rozdeptywał kobiety mdlejące na jego widok... Na widok Rycerza oczywiście... Wjechał na scenę i podniósł leżącą beztrosko kartkę, na której widniał ów tajemniczy napis. Tylko on mógł uratować Ziemię przed zagładą. Uniósł delikatnie przyłbicę i głośnym, doniosłym głosem odczytał nazwisko szczęśliwca: - The winner is... is... is... Niestety, nawet on nie mógł w stanie tego przeczytać. W kraju rządziła Samowola - jedna z pierwszych partii chłopskich. Kupon był w największej tajemnicy przetrzymywany w lochach pałacyku nad Dnieprem. Tak, siedział za zabójstwo teściowej, która umarła tylko dlatego, że to przeczytała... Po długim okresie rekonwalescencji Czarny Rycerz był gotowy do ponowienia próby odczytania kuponu. Lud miał już dość rządów Samowoli. Była to dobra kobieta, ale, jak mawiali wieśniacy, miała "zbyt małe cyce jak na królową". Czarny wziął kilka głębokich wdechów i ruszył do lochów, gdzie czekało go tam życiowe zadanie... Uniósł kartkę i... odczytał! Jednak chwilę później zemdlał. Księżniczka próbowała go ocucić, ale Rycerz, zobaczywszy jej melony, ponownie zemdlał. Dlaczego to było aż takie trudne? Trzecia próba Czarnego była już udana. Odczytał to bez żadnych oporów: - The winner is... Ziutas Podfiutowicius Wielki!!! Ponownie zapanowała konsternacja, bowiem Ziutas był jednym z najstraszniejszych ludzi na Ziemi. Bał się go nawet Czarny Rycerz. Ludność domagała się unieważnienia konkursu i ponownego wybrania nazwy miasta i króla, ale to było na nic, gdyż słowo króla to coś niebywale pewnego i poufnego. Ziutas był strasznym okrutnikiem i nie zależało mu nigdy na popularności, a w głowie jego rysował się sen o wielkiej Litwie. Tak, był Litwinem, bo przecież to widać z nazwiska... Najbardziej przerażona była Księżniczka, która teraz będzie musiała dzielić łoże z tym potworem... Minęły dwa tygodnie i w końcu na dwór królewski przybył Ziutas. Jego mina zabiła czterech rycerzy, a raniła siedmiu... W przeddzień ślubu z Amidolią - piękną księżniczką - sypialnię Ziutasa odwiedził Czarny Rycerz. Jego plany były bardzo konkretne - chciał go zabić i tym samym obalić jego rządy, przejąć władzę i ożenić się z Amidolią. Litewski książę otworzył lekko oczy i usłyszał delikatny szmer. Wydawało mu się, że jest na statku Krzysztofa Kolumba - tak, Ziutas nie był zbyt mądry, a mówiąc między nami - to był kretyn jakich mało. Po chwili zastanowienia jednak dotarło do niego to, że jest w swoim ogromnym zamku w Suwałkach. Uśmiechnął się lekko, gdyż domyślał się, że to jedna ze służek postanowiła się z nim kochać... Czarny Rycerz szedł na palcach, koń Czarnego również - w ten sposób, aby nie obudzić Ziutasa. Ten jednak nie spał i słysząc jakieś podejrzane szepty spytał: - Czy to ty? - Od kiedy jesteśmy na ty?! Oj... Straż, wezwana przez Ziutasa, zabrała Rycerza (i jego konia) i osadziła ich w lochu. Oboje próbowali wytłumaczyć strażnikom, że ta siekiera i topór to tylko tak, na wszelki wypadek, były wymierzone w przyszłego króla. Jednak ludzie ci byli lojalni wobec Ziutasa i tylko jemu oddani. Chociaż jeden z nich uwierzył w to, że Podfiutowicius to najeźdźca z kosmosu, ale nie był to żaden z rycerzy tylko jakiś duchowny. Pewnej nocy celę mocno wychudzonego konia i nadal mężnego i gotowego do walki Czarnego odwiedziła Amidolia. Delikatnie pogłaskała go po pysku i zaczęła się wypytywać o jego zdrowie. Jednak koń milczał, ale w końcu nie wytrzymał i krzyknął: - Ja jestem koniem, do cholery! Czy widziałaś kiedyś, aby koń gadał, czy co? No, mój pan jest tam... - Przepraszam i dziękuję, wiesz, trochę tu ciemno, a wy jesteście tak do siebie podobni... - O! Wypraszam sobie! Więc Księżniczka przeszła do celi dalej, gdzie Czarny szkicował właśnie na brudnym murze kolejny plan zabicia Ziutasa i odbicia pięknej damy z rąk tego brutala. Amidolia weszła do celi, ale Czarny nie poznał jej: - To ty, Syfku? - pomyślał nawet, że to jego koń. - Nie, to ja, Amidolia... Na twarzy Czarnego Rycerza pojawił się uśmiech, który był trzy razy szerszy niż jego twarz. Czuł, że Księżniczka za chwilę da mu to, czego od dawna już pragnął. Czuł narastające napięcie i końcu to się stało: - Chcesz kawałek szarlotki? Czarny podskoczył niemalże do sufitu. Właściwie to on podskoczył dokładnie do sufitu i uderzył o niego głową. Na jego rycerskim czole pojawił się potężny guz, a nawet dwa guzy. No dobra - pojawiły się trzy guzy, których wielkość przekraczała ludzkie pojęcie... Natychmiast wezwano lekarza, który miał uratować zamek. Guzy ciągle rosnąc przebijały kolejne piętra zamku i groziło to naruszeniem ścian nośnych i zawaleniem całego budynku. Jednak nadworny lekarz nie mógł pomóc - nie miał odpowiednich leków. Wyprawiono więc nadwornego farmaceutę do Doliny Szamanów. Było to miejsce tak niebezpieczne, że każdy kto przekroczył granicę tej doliny robił w gacie i uciekał, a za nim pojawiała się długa smuga wzniesionego pyłu i kurzu. Ale ten farmaceuta był zupełnie inny niż wszyscy - był to potężny gnom, którego ciało miało ponad 5 metrów... No dobra... Był to farmaceuta zupełnie podobny do innych - wychudzony i cherlawy człowieczek, który moczył się, gdy tylko usłyszał w nocy czyjeś kroki. Jednak sprawa była najwyższej wagi. Przed wyprawą przygotował sobie specjalny napar z korzenia jesionu, który wymieszał z prochami króla. Powstał w ten sposób cudowny krem, który dawał nieśmiertelność, siłę, męstwo i odwagę. Po zjedzeniu czterech kanapek z owym kremem aptekarz gotowy był do drogi. Szedł długo, około dwóch godzin, ale zmęczył się i wrócił. We dworze czekał nań Ziutas, który dowiedziawszy się o tym, że farmaceuta wrócił, wziął swój litewski sztylet. Podszedł do farmaceuty i rzekł: - Ja... Cholera, zapomniałem co chciałem powiedzieć... Jednak farmaceuta domyślił się o co chodziło, więc wziął sztylet i przebił sobie brzuch. Wtedy Ziutas przypomniał sobie to, co chciał powiedzieć: - Już mam! Czy możesz zanieść ten sztylet do naostrzenia? Nikt nie był w stanie pójść do Doliny Szamanów, a guzy nieustannie rosły, i rosły, i rosły... Teraz zamek miał nie cztery, a siedem wież - cztery normalne i trzy guzy, które można było zauważyć z kilkunastu kilometrów. Gdyby wtedy latał ktoś w Kosmos to mógłby śmiało rozpoznać guzy Czarnego Rycerza, choć były niewiele większe niż Mont Everest w zimie. Teraz były widoczne dwie budowle - Wielki Mur Chiński i Zamek Pontusowy w Suwałkach... Zawsze to jakaś forma sławy, ale nie podobało to się nikomu z mieszkańców dworu, gdyż guzy przykrywały słońce i obumarły wszystkie rośliny w królewskim ogrodzie. O tym fakcie postanowił donieść Ziutasowi sam ogrodnik: - Wasza wysokość... Powiedział tak, nie zważając na to, że Ziutas miał jedynie 153 centymetry wzrostu (w cylindrze). - Słucham cię, kmiotku jeden. Mów co masz mówić i spadaj, bo oglądam właśnie "Klan", a ona chyba go pocałuje, nie zważając na to, że on ma romans z córką jej żony... No mów!!! - Otóż przez te guzy obumarły wszystkie drzewa... - W sadzie też?! - Niestety... - To z czego my teraz będziemy wino robić, co?! Podfiutowicius wezwał do siebie wielkiego maga, syna Turrolisa II-go, Turrolisa I-go. Syn jego był jego ojcem zarazem, ale jak do tego doszło to nie wie nikt, gdyż żaden człowiek nie może pojąć mocy magii rodu Turrolisów. A więc Turrolis (tak mówili na niego przyjaciele i wrogowie, a także inni ludzie - tak mówili na niego wszyscy, bo nikt nie mówił inaczej) pojawił się przed oczekującym go królem... - Witaj, o wielki magu! - No, co? - Jak śmiesz tak po chamsku do króla, co?! - Nie podskakuj mi tu, ty litewski knypie! Nie jesteś jeszcze królem, bo Amidolia jest nadal panienką. Dopóki się z nią nie ożenisz masz do mnie mówić na per pan, rozumiemy się?! No... A więc pytasz panie o rozwiązanie problemu guzów, tak? Otóż są dwa sposoby. Oto sposób pierwszy: należy wysłać farmaceutę do Doliny Szamanów, aby zerwał tam kwiat borowika pospolitego, 25-go maja o północy, gdy Księżyc będzie w koniugacji z Saturnem, potem ów farmaceuta musi ugotować owy kwiat w wodzie ze źródła Pristatolusa i... już! Co prawda musi to potem przynieść do zamku w ciągu około 15 minut, bo inaczej moc borowika przeniesie się na farmaceutę i ten zamieni się w krzak bzu... - O jejku. Ale mówiłeś coś o drugim sposobie... - Ach tak, rzeczywiście. Prawie zapomniałem. Otóż trzeba powiedzieć: hokus-pokus... Tak więc Turrolis podjął się ocalenia winnych jabłoni w królewskim ogrodzie i wypowiedział zaklęcie: - Abrakadabra! - To nie to... Amidolia miała rację, to nie było to zaklęcie. Ale Księżniczka wyglądała dość dziwnie - miała korzenie, łodygę, liście i cała była porośnięta jakimiś białymi kwiatkami... No, ale mag okazał się na tyle łaskawy, że zamienił ten krzew bzu ponownie w piękną Amidolię. Po następnym zaklęciu wszystko wróciło do normy, a guzy... zniknęły. Gdy głowa Czarnego Rycerza osiągnęła normalne wymiary, poczęły powstawać w niej plany, które miały na celu zamach stanu wymierzony przeciwko rządom Ziutasa. Siedział cicho w swojej honorowej komnacie, śniąc o ukochanej Amidolii - nagle jednak wpadł mu do głowy pewien pomysł. Postanowił, że porwie Księżniczkę wprost sprzed ołtarza, podczas ślubu z Ziutasem. Tak, to było coś, co uczyniłoby go bohaterem, bo nikt nie przepadał za tym Litwinem. Nie chodziło tu, broń Boże, o żadne pobudki narodowościowe, skądże znowu. Ale lud domagał się usunięcia Ziutasa z tronu. Bali się jednak wyjść na ulicę, gdyż na każdym kroku stał rycerz z Armii Wyzwolenia Suwałków. Czarny wcale nie zamierzał porywać Księżniczki własnoręcznie, o nie, on nie był taki głupi na jakiego wyglądał. Przecież nie każdy, kto ma 196 centymetrów wzrostu musi być imbecylem, czyż nie? Zresztą wystarczyło spojrzeć na Ziutasa, aby przekonać się, że wzrost wcale nie rzutuje na inteligencję. O pomoc w porwaniu postanowił poprosić starego przyjaciela, księcia Kurzajkolandów i wielkiego mistrza zakonu Świętego Grzebienia z Saragossy - Saint Alvareza. Wszystko było już dokładnie ustalone i wszyscy trwali na początek końca - ślub znienawidzonego Ziutasa z nieszczęśliwą Księżniczką. Czekał na to również Czarny Rycerz: - Słuchaj bracie. Gdy kapłan zapyta się: "czy ty, Ziutasie" i tak dalej, ty wejdziesz i najnormalniej porwiesz Amidolię. Rozumiesz, czy nie? - Możesz to powtórzyć... No wiesz, kilka ośrodków mojego mózgu jest uszkodzonych, więc trochę niedowidzę i niedosłyszę, poza tym jestem super, jak widać. Rycerz dokładnie wytłumaczył cały plan Alvarezowi, który już za dwunastym razem załapał o co mu chodzi... Południe zbliżało się nieubłaganie. Już za kilka ten wielki okrutnik miał zostać mężem tej najpiękniejszej kobiety świata - księżniczki Amidolii Pontusówny Hebeliuszówny II-giej... Wtem dzwon na kościelnej wierzy począł bić smutny rytm. Kapłan przygotował skróconą formę ślubu, aby umożliwić Ziutasowi jak najszybsze skonsumowanie związku... Bez żadnych ceregieli przeszedł do oficjalnej części ceremonii: - Czy ty, Amidolio, bierzesz tego tutaj Ziutasa Podfiutowiciusa Wielkiego za męża? - ... - Nie słyszę... - Bo nic nie mówię! - Więc powiedz, moje dziecko. Amidolia rozejrzała się wokół, poszukując jakiegoś wybawiciela. Nikogo jednak nie dostrzegła, powiedziała więc "tak" myśląc, że nikt jej już nie jest w stanie pomóc... - Czy ty, Ziutasie, bierzesz tą tutaj... wydekoltowaną Amidolię za żonę? - spytał ksiądz zaglądając jednocześnie Księżniczce za dekolt.
Wtem nagle, jak grom z jasnego nieba, na królewskim dworze pojawił się Alvarez: - Stać! Nie przeszkadzajcie sobie, ja jestem tylko porywaczem... Podbiegł przed ołtarz i wrzucił tą małą osóbkę na swoje potężne plecy. Szybko pobiegł po konia i dosiadł go, aż biedakowi się nogi ugięły. Założył swojej "ofierze" worek na głowę, aby nie wiedziała, że jadą do tajnej kwatery Antyziutowskiego Ruchu Oporu, dowodzonego przez Czarnego Rycerza. Porwana krzyczała coś, ale wtedy Alvarez wsadził jej w usta buraka cukrowego i... zapadła cisza. Słychać było wyłącznie stukot kopyt... Zbliżali się do wspomnianej jaskini metr za metrem, z minuty na minutę. W końcu dotarli na miejsce, gdzie z niepokojem wypatrywał ich Czarny Rycerz. Saint Alvarez zsiadł z konia i ściągnął związaną księżniczkę. Wyciągnął jej buraka z ust, a ta od razu zaczęła krzyczeć: - To skandal! Żeby mnie, Ziutasa Podfiutowiciusa porywać ze ślubnego kobierca?! Co to ma być, zabawa?! Ja tam miałem zostać królem! Co ty jesteś, pedzio?! Nie żebym miał coś przeciwko gejom, ale musicie wiedzieć, że nie mam zamiaru brać udziału w waszych orgiach... Nagle pięści Rycerza poczęły okładać - najpierw Alvareza, który pomylił obleśnego Ziutasa z Amidolią, a potem samego Podfiutowiciusa. Czarny wręcz kipiał ze złości... Był tak zły na Alvareza, jednak ten naprawdę nie wiedział, kto jest kim - mówił przecież, że ma coś nie w porządku z mózgiem... Po chwili jednak dotarło do niego, że to jest bardzo korzystna sytuacja, wystarczy zabić niedoszłego króla i udać się do Suwałk w celu poślubienia Amidolii... Jadąc poprzez bezkresne pustynie podsuwalskich prerii Czarny Rycerz rozmyślał o tym, jakie imię nada swemu pierwszemu synowi - następcy tronu. Gdy sobie cicho mruczał pod nosem nagle koń stanął. - Co jest Syfku? Chcesz jeść, pić, a może coś mocniejszego? Jednak koń milczał jak grób. Czarny usiadł załamany na rozgrzanym piasku i siedział tak kilka minut, aż poparzył sobie pupę. Swoim krzykiem poderwał do lotu wszystkie ptaki, które siedziały sobie spokojnie na zwiędłych kaktusach. Słowo, jakie zostało użyte przez niego nie jest godne cytowania, gdyż obiecałem, że nie będzie tutaj przekleństw, a wyrażenie "kurwa mać!" w stu procentach kwalifikuje się jako przekleństwo. Nagle zza dużej piaskowej góry wynurzył się znany Wam już mag - Turrolis. Jechał na srebrnym Harley'u... To znaczy leciał na złocistym pegazie. Zatrzymał się tuż nad głową Czarnego i powiedział, że Ziutas powrócił do zamku i znowu prześladuje wszystkich tych, którzy są przeciw niemu... Czarny nie wytrzymał - skoczył do przodu i pognał ku osadzie, by zaczerpnąć tajemnej wiedzy o nurkowaniu... Tak, tak, o nurkowaniu, gdyż pod zamkiem było podziemne jezioro, przez które Rycerz miał zamiar dostać się do komnaty Ziutasa. Poszedł więc do mistrza tego fachu: - Dzień dobry, chciałbym nauczyć się nurkować... - O, to dobrze trafiłeś, jestem bowiem mistrzem tego fachu. Mówią na mnie Mitefa... - Mitefa? Dlaczego? - Rycerz dał upust swej wątpliwości. - To skrót od: mistrz tego fachu. Przecież dobrze nurkuję, jestem uczynnym mężem... Mitefa zaczął szlochać. Jego płaczu nie potrafił zagłuszyć nawet potężny grzmot, któremu towarzyszył gigantyczny błysk. Nocna powłoka rozjaśniła się na moment. Pod wpływem powstałej fali uderzeniowej z drzew obsypały się liście. Czarny stał jak wryty. Nagle na niebie pojawiły się coś jakby... sanie. - Mikołaj? - rzekł zdębiały Syfek. - Nie, to z pewnością Turrolis. A więc całe to przedstawienie to jego sprawka! To był Turrolis. Ale nie ten sam, który przed paroma minutami obdarzył Czarnego dobrą radą na pustyni. Nie, ten był inny. Miał potężne barki i siwe bakobrody. Swoją drogą z profilu przypominał trochę Elvisa Presleya, czego nikt nie mógł zauważyć, bo Presleya wtedy nikt jeszcze nie znał. Podleciał i zawisł kilka metrów nad głowami Czarnego Rycerza, Mitefa i Syfka. - Witajcie w krainie wiecznej zimy! Teraz ja rządzę... - wypowiedź przerwał mu diaboliczny śmiech Mitefy. - Co jest knypku?! - zwrócił się do nurka, któremu ze śmiechu leciały łzy. - Jak to co? Przecież ty nie jesteś żaden Turrolis. Jesteś tym gościem, co go moja prababka wyłowiła kilkaset lat temu z Nilu. Co robiłeś w tym koszyku to do dziś niewyjaśniona zagadka. Tak, to mojej rodzinie zawdzięczasz życie. Lepiej więc nie straż swojego wuja, czyli mnie, bo ci wleję... - Straszysz mnie?! - ... wina. To bardzo dobre wino. Jabłeczne. Jego smak przypomina mi pewną imprezkę, na której jacyś kretyni myli takiemu jednemu nogi, czy coś. Nie pamiętam, byłem wtedy w trupa zalany. Piotr zarzygał wtedy cały stół, a reszta apost... Jego opowieść przerwał kolejny grzmot. Był o wiele silniejszy od poprzedniego. Turrolis, a raczej ten, kto się pod niego podszywał, zeskoczył ze swoich sanek i skulił się za beczką z miodem. Ręce dygotały mu przeraźliwie. Jednak on też nie wiedział, co to mogło być. Miał za duży łeb, albo raczej za dużo włosów (na klacie też). Mitefa wstał i krzyknął pełnią sił, jaka mu pozostała w płucach po ostatnim nurkowaniu kanalizacją zamkową. Tak, podglądał w ten sposób dworskie damy... A więc wstał i krzyknął: - Co to ma znaczyć?! - Co? - spytał znieruchomiały Nie-Turrolis. - Co ty wyprawiasz do licha? Mało narozrabiałeś wtedy? To byłeś ty, prawda. No wiesz, ta afera z kamienną tablicą na górze. A u rybaków to masz przechlapane za to, co zrobiłeś z tamtym morzem. Co ty sobie wyobrażasz? Lepiej naucz się nurkować, a nie laską machasz. Rozstępów dostaniesz, bo... - To nie ja! - przerwał Mitefie Nie-Turrolis - Ja chciałem tylko wykorzystać gwiezdną burzę, o której usłyszałem od wieśniaków. Podobno to miałby być koniec świata. Wiem, że to tylko takie tam gadanie, ale sam Turrolis mówił, że to całkiem prawdopodobne... Wybaczcie mi i dajcie mi jakieś czyste kalesony. - No dobrze, idź i nie grzesz więcej... - Syfek udzielił rozgrzeszenia i zanurzył swój ryj w worku z owsem. Rycerz pożegnał Mitefę, wsiadł na konia, a ten pogalopował na wschód. Słyszał, że tam za pieniądze można mieć wszystko, a że miał dość dużo gotówki przy duszy (albo innym słowie na "d") to zaświtał mu w głowie pewien plan. Tak, ale pomysł ów szybko zbladł na myśl o Amidolii... Ach, jego słodka księżniczka. Tylko ona liczyła się w jego życiu. Tylko... Ale co to? Coś przemknęło przed jego krystalicznie czystymi oczyma. Nie wiedział co to było, ale spodziewał się najgorszego. Tymczasem na Zamku przygotowywano przyjęcie weselne. Tak, cztery tysiące gości to nie lada tłum, ale trzeba ich godnie przyjąć. Wieśniacy i plebs niech się wypchają - oni nie są warci nawet kawałka chleba, a co dopiero zapraszać ich na przyjęcie. Liczba zaproszeń, po odrzuceniu tych, których Ziutas nie życzył sobie widzieć, zmalała więc do niespełna tysiąca. Byli w tym także przedstawiciele jego rodziny z Litwy: jego rodzice, brat i trzy siostry z rodzinami - razem około 300 osób. Amidolia przeglądała zaproszenia. Zabolało ją to, że nie znalazła wśród zaproszonych swego ukochanego - Czarnego Rycerza. Ten zakuty łeb zaprószył w jej sercu ogień, który objął całej jej serce. Na samą myśl o swoim jedynym robiło się jej gorąco... Bolało ją serce, ale wiedziała, że już nigdy go nie zobaczy. Straciła więc wszelkie nadzieje na szczęśliwe zakończenie jej miłości. Pozostało jej uciekać. Tak, brać dupę w troki i spieprzać stąd jak najdalej - przeszło jej przez umysł. Nie była zbyt mądra, ale wiedziała czego chce Ziutas. On pożądał tylko jej ciała, a może nawet to nie grało dla niego roli. On koniecznie chciał zostać królem. Tylko to się dla niego liczyło... - Chcę zostać królem! Tylko to się dla mnie liczy! - krzyknął do swych sióstr, które próbowały go nakłonić do powrotu na Litwę. - A Litwę nie wrócę! Po co? Sami wrogo nastawieni ludzie, zero przyjaciół, kilka znajomych twarzy. Czego ja mam tam szukać? Tutaj będę królem i ludzie będą całowali ziemię, po której stąpam. A wiecie dlaczego? Bo nie będę zabijał już kobiet i dzieci! Tak, skończę z tym, bo to jest głupi sposób zdobywania sobie sympatii mieszkańców. No co? Przecież nie jestem antypatyczny? No co? No przecież... Jego wypowiedź przerwał gigantyczny rozbłysk na niebie, po którym nastąpił potężny huk. Gdyby w zamku były szyby, to z pewnością pokruszyłyby się w drobny mak. Urwała się chmura. Nikt wcześniej nie widział takiej ulewy. Wszystkie drogi zamieniły się w rwące potoki, a deszcz był tak gruby, że krople były wielkości wiader. Ludzie, których, nie daj Boże, uderzyłaby taka kropla z pewnością zostaliby unicestwieni. To nie był zwykły deszcz. To była, jak to określił Nie-Turrolis: gwiezdna burza. W starych księgach prawdziwego Turrolisa było napisane, że coś takiego zdarza się raz na 78 milionów lat. Ten szczególny gwiezdny pył, pochodzący z dawnej Gwiazdy Śmierci, opisanej przez Turrolisa przed paroma wiekami, pada w atmosferę ziemską, ale nie ulega całkowitemu spaleniu. Opadając łączy się z wodą z chmur i opada na ziemię w postaci bardzo dużych kropel. To bardzo silnie promieniotwórczy pył. Jego kilka gramów wystarczyłoby do uśmiercenia milionów ludzi... Jednak tego nie wiedział nikt, prócz Turrolisa. Ten nie chciał bowiem, żeby suwalski lud wpadł w panikę. Nie wiedział jednak, jak temu zaradzić... Amidolia płakała. Jej łzy były grube i odbijały bladopomarańczowe światło świec. Dotknęła swego policzka i jedna z łez przewędrowała na jej rękę. Zleciała na podłogę i wsiąkła bardzo szybko. Księżniczka nie słyszała nawet tego przeraźliwego huku, z jakim padał ten okrutny deszcz. Okrutny dla każdego, kto nie był teraz na najwyższym piętrze swego domu. Wyjrzała przez okno i wtedy dotarło do niej, że jej kochanek jest gdzieś tam, bez dachu nad głową... A Rycerz wypijał właśnie siódme piwo w ostatnim zajeździe na Litwie, jak nazywano karczmę "Jeleń". Można tu mieć wszystko, czego tylko duszą zapragnęła. Były nawet panie, jak to się tu mówiło, wolnego prowadzenia. Jednak obserwowanie kantorka na miotły dało Rycerzowi do zrozumienia, że te panie wcale nie są takie wolne. Wciąż myślał o Amidoli... Wtem, jak piorun z jasnego nieba, do karczmy wpadł Saint Alvarez. Ten sam, który tak pięknie spaprał porwanie księżniczki. Wszedł i ukłonił się Czarnemu Rycerzowi. - Witaj, o wielki mój przyjacielu, księciu Kurzajkolandów, mistrzu zakonu Świętego Grzebienia z Saragossy... O ty, coś spieprzył mój najlepszy plan... Alvarez skoczył i ugryzł Czarnego w ucho. Ten jęknął, ale bardzo cicho. Ponownie przypomniała mu się Amidolia, z którą kiedyś właśnie... Hmhm, Alvarez wyciągnął rękę, na której widniały dwa słowa: MAM PLAN. To świetnie! - pomyślał Czarny, ale po chwili zweryfikował to, co było tam napisane: - Jaki plan? - Cicho... - przytknął Czarnemu palec do ust. - To tajemnica. To dodawało sprawie pikanterii. Było potrzebne, bo flaczki, jakie zjadł, były mdłe i słabo przyprawione. Czarny Rycerz uwielbiał ostrą kuchnię... Wstał i wyszedł na zewnątrz. Deszcz nie ustawał, a nawet robił się coraz gęstszy. Przez szpary w jego zbroi przesączał się dziwnie szary płyn. Wyruszyli w stronę zamku. Do królewskiej komnaty wbiegł mistrz Turrolis. Jego przekrwione oczy były dziwnie sine i podkrążone. Podrapał się po swojej siwej brodzie i rzekł: - Nie mam pojęcia jak wyciągnąć zamek z tego bagna. To już chyba koniec... - urwał w połowie zdania, gdyż zobaczył coś, czego nigdy nie zapomni. Był to jego pradziadek. Odziany w onuce, trzymający w jednej ręce widły, a w drugiej wagę. Kiedyś miał miecz, ale musiał pomagać wujostwu przy sianie, więc zamienił miecz na widły. Potem tego żałował, ale teraz wszystko to bladło w obliczu zagrożenia. Zawisł kilka metrów nad podłogą. Jego aura oślepiała wszystkich, prócz Turrolisa. Wiązka światła wypływająca z miejsca, gdzie u ludzi powinno znajdować się serce, sięgnęła głowy Turrolisa. Stał jak wryty, otumaniony tym, co przekazywał mu razem z tym światłem dziadek. Była to tajemna wiedza, którą zdobył od swojego pradziadka - teraz już ducha na emeryturze. Nagle turrolisowy przodek zniknął tak szybko jak się pojawił. Wróciły normalne czynności życiowe. Mag podszedł do Ziutasa, ukłonił się i rzekł: - Jest tylko jeden sposób na uratowanie Zamku i ludzi. Trzeba zamrozić wodę. Niestety, jedyne zaklęcie jakie znam, jest nieodwracalne w skutkach. Będziemy musieli codziennie znosić zimno, ciepło się ubierać i wycinać powoli okoliczne lasy, żeby palić nimi w piecach. Nic już nie wróci do normy. Będzie zimno jak na Syberii, a nawet zimniej. Ale ludzie będą żyć, a to jest chyba ważniejsze niż ciepłe dupska... - Masz rację. - Ziutas przyznał mu rację. - Masz rację, absolutną rację. Czyń swoją powinność... - Ziutas po raz pierwszy przyznał komuś rację, ale nie miał innego wyjścia, bo Turrolis miał rację. - Cholera, masz rację... Mag wstał błyskawicznie, wyciągnął przed siebie obydwie ręce i wypowiedział zaklęcie, które przed paroma chwilami przekazał mu pradziadek: - Hunta ha bula! Hunta ha bula! Hunta ta bula! Hunta ta bula! Nagle deszcz przestał padać. Potoki i rzeki zamieniły się w lodowiska. Na dworze nie było widać nic, prócz białej powierzchni zamarzniętej wody. Nic... Amidolia wyjrzała nerwowo przez okno i kurczowo chwyciła się za pierś. Czarny Rycerz zamarznie - pomyślała. Myliła się, bo Czarny miał się bardzo dobrze. Zatrzymali się wraz z Alvarezem w drewnianym szałasie, w którym podawano wódkę i, o zgrozo, grzane piwo. Widząc całe to zamieszanie na dworze, Czarny i Alvarez wybiegli na zewnątrz. Ich oczom ukazał się zimowy krajobraz... W środku lata? Tak, to było dziwne. A może to początek końca świata, o którym opowiadał Nie-Turrolis? Nie, to tylko przejściowe ochłodzenie, jakiś front atmosferyczny. Jutro będzie ciepło, i te stado słowików odmarznie od gałęzi i ponownie zacznie śpiewać. Nie zastanawiając się ni minuty dłużej wyruszyli w kierunku zamku. Nie było to zbyt daleko... Amidolia leżała na łożu. Z jej oczu płynęły łzy. Strumienie, potoki, rzeki słonych łez. Do ślubu z Ziutasem pozostawało tylko kilka minut. Przed nią leżała śnieżnobiała suknia, którą musi założyć, bo inaczej Ziutas znowu pobiłby ją. Nie miała nawet cienia nadziei... Ale nagle usłyszała stukot kopyt i rżenie konia. To Syfek - pomyślała. Wyjrzała przez okno. Na jej twarzy pojawił się radosny uśmiech. Wyciągnęła spod pościeli prześcieradła i związała je ze sobą, jakby robiła to codziennie. Ach, bo robiła to uciekając do chłopaka znad Hańczy... Ześlizgnęła się po własnej roboty linie w dół i wpadła w objęcia Czarnego Rycerza. Ten uścisnął ją i zamarli w głębokim pocałunku. Wskoczyła na Syfka, który zaklął pod chrapami, ale nie ugiął się. Gdy tylko zaczęło świtać, wyruszyli ku zachodzącemu słońcu... I w ten sposób księżniczka Amidolia i Czarny Rycerz znaleźli się w krainie wiecznego szczęścia, zwanej przez tubylców Meksykiem. Wreszcie mieszkali z dala od tego suwalskiego zgiełku. Żyli długo w pełnym szczęściu, a Rycerz doczekał się w końcu małych mulaciątek... A Suwałki jak były najzimniejszym miejscem na Ziemi, tak są do dzisiaj. |
(c) 1999-2009 Agnieszka i Łukasz Jedynaści
|