www.jedynasty.com - Agnieszka i Łukasz Jedynaści



Łukasz Jedynasty9

NO IDEA 9:

Historia pewnej miłości



       Odpowiadając na setki listów z gratulacjami, podziękowaniami i ofertami matrymonialnymi od moich fanek (i fanów, ale o tym wolę nie wspominać) zauważyłem, że wiele osób wyraża swoje ubolewanie z powodu zaniechania przeze mnie pracy pisarskiej, a dokładniej rzecz ujmując - opisywania przygód Macieja. Wiem, że wiele osób żyło jego przygodami, towarzyszyło mu w podróżach, walczyło z nim ramię w ramię, zaliczało kolejne... seminaria (ale wybrnąłem). Wiem, że dla wielu osób był on wzorem - niedoścignionym ideałem, którego pragnęli naśladować nie tylko w życiu osobistym, ale również w życiu zawodowym (jak wiecie, kochani moi wierni Czytelnicy, Maciej miał trzy fakultety i imał się różnych zawodów - od bycia żołnierzem poprzez reżyserię dźwięku w audycji radiowej o Księżniczce, aż do roli wiceministra). Dlatego zdecydowałem się kontynuować jego życie, które ostatnimi czasu uspokoiło się, zwolniło... Wiem, że wielu z Was uzna to za pójście za ciosem, ale cóż - takie czasy. Sądzę, że i tak będzie to lepsze niż jakieś superprodukcje polskiego przemysłu (to dobre słowo) filmowego, chociaż jak rozmawiałem z pewnym znanym reżyserem jest szansa, by całe życie Macieja zostało w końcu wyświetlone na wielkim ekranie... ale wszystko w swoim czasie... I w zasadzie tylko tyle chciałem napisać - tytułem wstępu, który i tak najciężej mi przychodzi, jako że jestem od pewnego czasu sam (mój współautor spoczął na laurach i zdefraudowawszy dochód ze sprzedaży poprzednich części przygód Macieja (i nie tylko) uciekł na Helenę, by tam - niczym Napoleon - cieszyć się spokojną starością u boku wybranki swojego serca (oby tylko nie okazała się wybranką jego portfela, jak ostatnio i nie miała trójki dzieci, jak przedostatnio), reszta przychodzi bardzo łatwo - w końcu wszystkie wydarzenia są prawdziwe i wystarczy je tylko przelać na papier...

       Maciej siedział na schodach. Znowu zostawił klucz do swego mieszkania w środku i nie mógł wejść. Głowę miał spuszczoną. Wiedział, że za kilkanaście minut wróci jego żona...

       - Ale będę miał przechlapane - burknął do siebie. - Marysia wróci, a tam taki bałagan. Nie wytarłem podłogi, nie pozmywałem naczyń, jej bielizna nieuprasowana, w koszu tyle prania... Ech... ale będę miał przechlapane - powtórzył, po czym schował głowę pomiędzy kolana.

       Czas mijał bardzo wolno. Maciej z nudów, a raczej z wielkiego pragnienia ugaszenia pragnienia (kolejna wesoła noc w pubie) zszedł do piwnicy. Otworzył drzwi śrubokrętem, zapalił światło i... wtedy ujrzał ją. Była rozbita, totalnie rozbita. Leżała na podłodze. Butelka soku pomidorowego - zmarnowana... Otrząsnął się, chwycił inną butelkę. Odkręcił - wieczko odskoczyła z radosnym "pik", po czym przytknął ją do ust i zaczął pić. Nagle usłyszał stłumiony krzyk:

       - Aaaaaa! - brzmiało to raczej jak beczenie barana zalanego rzadkim cementem (nie żebym kiedykolwiek próbował! no, bez takich mi tutaj). - Ratunku!

       - Co jest?

       - Nic nie jest! Wypuść mnie stąd!!! - to był raczej kobiecy głos (albo - jak kto woli... no ten baran, cement).

       - Czy ktoś tu jest? Halo, przepraszam, czy pani jest pod workiem z ziemniakami? - zapytał, po czym podszedł do worka.

       Przeszukał piwnicę, ale nikogo w niej nie znalazł. Zdumiony wziął butelkę z sokiem i zaczął pić.

       - Co robisz?! Chcesz mnie połknąć?!

       Spojrzał na butelkę. Do jej wewnętrznej ścianki przylepiona była mała, kobieca postać. Patrzyła wyczekująco na niego małymi, ale wyłupiastymi oczyma. Maciej usiadł ze zdumienia. Wyglądał na przerażonego.

       - O kurwa, delira... no tak... w sumie co się dziwić. Czwartek chlanie, piątek chlanie, sobota chlanie okrutne, niedziela do kościoła a potem chlanie, poniedziałek... o Boże, a ostrzegał mnie kiedyś ojciec, ostrzegał... co ja mam teraz...

       - Zamknij się, ty tatarski rozpasany i wypuść mnie stąd. Mam dość siedzenia tutaj w butelce...

       - Ale...

       - Co ale? Co cię tak dziwi? To, że jestem taka mała? No jestem. Wypuść mnie, do cholery...

       - Ale... ale... - jąkał się Maciej. - Ale... ale... ale ja...

       - No dobra... Słuchaj. Jak mnie wypuścisz to spełnię twoje trzy życzenia, okej?

       Maciej zastanowił się chwilę, po czym przechylił butelkę. Deliryczna kobieta-elf, jak to siebie tłumaczył w myślach, wypadła na jego dłoń. Uniósł ją na wysokość swojej twarzy. Wtedy dopiero dostrzegł, że jest naga. W Macieju obudziły się pierwotne instynkty zdobywcy i, pomimo przekonania, iż to tylko wytwór jego wyobraźni, rozpoczął flirt:

       - Piękna z ciebie kobieta...

       - Odczep się! Gdzie patrzysz, co?! Daj mi jakieś ubranie... o, tamtą pestkę słonecznika, zakryję pewne części mojego ciała i wtedy pogadamy... ooo, teraz lepiej.

       Maciej nie mógł oderwać od niej oczu, ale po ciosie jej nagą stópką w nos zrozumiał, że trafił na charakterną osobę. "Jak to możliwe, że to delira? W delirze to pewnie byłaby Klaudia Szlifer, chętna na małe bim-bam-bom ze mną, a to coś... no gdybym nie widział to pomyślałbym, że ma jaja" - rozmyślał Maciej.

       Po chwili kobieta-elf-delira uspokoiła się i dalsza rozmowa przebiegała spokojniej (nie licząc ugryzienia w ucho i kilku bolesnych podskoków na jego częściach niesfornych (z premedytacją!)).

       - ... jak mam na imię?... Eleonore. Siedzę w tej butelce blisko dwa tysiące lat..

       - Kurna, to ten sok jest taki stary?! Błe!!!

       - Cicho! Jestem królową Laktacji, wielkiego państwa położonego pomiędzy Tracją a Macedonią. Żyją w nim same kobiety, których piersi są więcej niż duże...

       - Eee, duże piersi? Hm... mogłabyś mnie tam zabrać? - zapytał Maciej na samą myśl o tych falujących, połyskujących... zatoczkach wybrzeży Laktacji... ech...

       - Nie wiem nawet czy to jeszcze istnieje. Pewien czarnoksiężnik, chcąc zniszczyć moje królestwo zatruł nektar, który piłyśmy. Piersi dziewcząt zaczęły maleć. Potem malało całe ciało... Teraz wiesz czemu tak wyglądam i czemu tutaj jestem. Drań zamknął mnie w butelce z owym zatrutym nektarem i nie mogłam odwrócić jego czarów... Słuchaj, o Macieju Brząkadełeczku Szczupaku - powiedziała majestatycznie piskliwym, cichutkim głosikiem - jak chcesz, to możemy walczyć o chwałę wielkiej i niepokonanej Laktacji... co ty na to?

       - Nie wiem co na to moja żona...

       - Więc zapytaj jej...

       - No dobrze... O Boże!!! - krzyknął spojrzawszy na zegarek. - Marysia już wróciła, a ja nie poprasowałem, nie pozmywałem... pranie czeka, obiad trzeba ugotować.

       - Hm? - Eleonore spojrzała na niego z góry (w sensie metaforycznym, oczywiście).

       - No co, ona nie jest byle kim, moja żona. Jest dziennikarką, dużo pracuje i zwykle wraca zmęczona i zła, więc muszę się starać... Kiedyś byłem kimś innym, zupełnie innym: zaliczałem panienki, przemierzałem różne kraje w poszukiwaniu przygód... A teraz mam żonę, czas dla siebie. Oglądam różne seriale i w ogóle się ustatkowałem...

       - Hm???

       - No dobrze... co ja mam robić... jestem beznadziejny!!!... - rozpaczliwy krzyk Macieja wstrząsnął całą kamienicą. - DU-PA WO-ŁO-WA!!!

       - To jedź ze mną. Najpierw do Italii, by przy drodze do Neapolu ze starą wiedźmą Trzystomininą się spotkać. Ona mnie odczaruje... no i wtedy będziemy mogli poszaleć, mój ogierze... - spojrzała na niego spod długich (w sensie dosłownym, choć proporcjonalnie do jej wymiarów (216-118-140 milimetrów)) rzęs.

       - Czy ja wiem... muszę się zastanowić... - i zaczął się zastanawiać. - Wiem już! - krzyknął po chwili zastanowienia. - Zastanowiłem się już... Jadę z tobą, Eleonoro! Chrzanić Marychę i tak jej nigdy nie lubiłem. Teraz mam ciebie i tylko ty się liczysz. Zawsze mówiłem, że małe jest piękne! Jedźmy do Italii!!!

       Następnego dnia Maciej wyjechał z garażu swoim Jaguarem... Tak mówił na powypadkowego trabanta, którego znalazł kilka lat temu w rowie nieopodal niemieckiej granicy... Jednak po kilku chwilach zastanowienia (a każda trwała mniej niż pół godziny, co było ewenementem w skali światowej) wrócił do garażu i wyprowadził samochód swojej żony - srebrnego forda mustanga... Maciej i Eleonore (która, mając problemy z wypowiedzeniem imienia "Maciej" mówiła na Macieja "Estrosilius", co można spolszczyć jako "Estrosyliusz" - ale to taka tam mała dygresja, nie mająca znaczenia ani wpływu na dalsze losy powieści, więc kończę ją) pojechali na południe (autostradą A1, oczywiście).

       Co prawda wcześniej odbyła się rozmowa z Marysią, którą pokrótce można przytoczyć (w całości i szczegółowo - niewykonalne - od kiedy mam cenzora, który wycina wszystkie słowa zaczynające się od chu*, kur* i pie*, ale nic to):

       - Marysiu, odchodzę.

       - Co odchodzisz?! Dopiero przyszedłeś, a już odchodzisz, tak?! Czemu pranie leży w łazience?

       - A gdzie ma leżeć, w twojej sypialni?

       - Jak ty do mnie mówisz, co?!

       - Normalnie, Marysiu. Powiedziałem właśnie, że odchodzę. Wyjeżdżam za granicę. Przyszedłem po rzeczy...

       - Co to ma znaczyć?! Dlaczego naczynia...? Słucham...? Powiedziałeś, że... że odchodzisz? - zapytała innym, niepodobnym do niej tonem. Jej głos wypłynął jak łzy, która zawisły malutkimi kropelkami na jej rzęsach. - Dlaczego, Maciuś...?

       - Teraz jestem dla ciebie Maciuś, tak? A wcześniej to co? Oddzielne sypialnie, musztra co rano, wrzaski i czepianie się od popołudnia do późnego wieczora... Mam dość, Marysiu! Poza tym wiem, że masz trzech kochanków. Nawet razem z nimi kiedyś piłem, ale to nieważne... Wiem, że poleciałaś na moją kasę, którą jeszcze w klubie 'Ogurasy' zarobiłem ciężką pracą... No ale to nieważne. Odchodzę. Sorry, że tak wyszło, ale... tak jakoś wyszło...

       - Czy ty mnie nie kochasz?

       - Hm... dobre pytanie... a czy ty kiedykolwiek kochałaś mnie?

       - To ja ciebie pytam, patałachu!... Przepraszam, nie wiem, coś mnie poniosło...

       I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Na szczęście to była ich ostatnia kłótnia w ich życiu (straty i obrażenia tym razem były niewielkie: cztery talerze, dwie patelnie, siedem kilo ryżu, jeden siniak, kuchenka mikrofalowa, guz na czole Macieja i inne, pomniejsze). Maciej odszedł dumny, choć trochę ogłupiony (nie pytajcie czemu, o tym nie warto wspominać w książce adresowanej do młodego czytelnika <średnia wieku poniżej 55 lat>). W każdym razie nawet się uśmiechnął wspomniawszy sobie czasy, kiedy szalał w Grecji, we Francji, w Neapolu, w Rzymie, w Rio... ale przed nim było coś nowego, chyba najbardziej niesamowitego - paczka chipsów o smaku palonego czosnku...

       - Nigdy nie myślałem, że do tego dojdzie, wiesz, Eleonoro?

       - Do czego, kochany? - zapytała zmarszczywszy maluśkie czółko.

       - Te chipsy. Mają dziwny smak...

       - Ty o tym, najmilszy mój. Ja myślałam, że mówisz o nas. Wiesz, gdy już będę duża... chciałabym... wiesz... chciałabym zostać twoją... twoją...

       - Patrz!!! - krzyknął Maciej i pokazał coś energicznym ruchem dłoni. - Dzik!!! Widziałaś, dzik!!!

       - Ale...

       - Rany, ale fascynujące zjawisko... ale chyba coś mówiłaś?

       - Nie, nie, nic...

       I tak mijała im podróż. Pokonali granicę polsko-austriacką bez problemów (jak się potem okazało, nie ma takiej granicy a Czesi, przebrani za Rumunów w przebraniu Austriackich agentów celnych tylko udawali - tak naprawdę byli Słowakami, którzy popierając Węgrów w ich drodze do Unii Europejskiej zapomnieli przebrać się za Rumunów, żeby upodobnić się do Austriaków, których mieli udawać, choć i tak w przebraniu Czechów wyglądali prześmiesznie), kolejne kilometry upływały im powolutku (w porywach do 270 na godzinę)... W końcu dojechali do Italii.

       "ITALIA - GRANICA PAŃSTWA"

       - Dzień dobry, witam pana we Włoszech. Czy ma pan coś do oclenia?

       - Nie, nie, ja już się ogoliłem pięć butelek szczura John Walker...

       - Słucham?

       - Pięć butelek szczura John Walker...

       - Aaa, wódkę pan ma?

       - Tak, tak, szczura... i kobietę...

       - Kobietę?

       - Nie, nie! Powiedziałem kobietę? Nie, nie, miałem na myśli coś zupełnie innego... hm... jakie słowo jest podobne brzmieniowo do słowa kobieta po włosku?

       - Atleta.

       - Tak, chciałem to właśnie powiedzieć...

       - Pan wygląda na podejrzanego gościa...

       - Ja? Nie, ależ skąd, pan mnie z kimś pomylił, ja nie... skądże znowu...

       - Na pewno nic pan nie przemyca?

       - Na pewno.

       - Słowo honoru?

       - Jak bum cyk cyk.

       - On ma bombę!!! Wszyscy na ziemię!!!

       - Nie, nie...

       Policja (carabinieri) zabrała Macieja na komendę, gdzie wyjaśnił, że nie chodziło u o coś co robi cyk cyk i bum, ale o coś zupełnie innego... Maciej wyszedł z komendy szczęśliwy, że znowu mu się udało. Uśmiechnął się dwa czy nawet trzy razy, po czym wrzasnął:

       - Aaaaaa!!! Jaki ze mnie palant. Gdzie moja Eleonore!?

       - Tu... nie krzycz tak... - usłyszał cichutko, po czym z jego kieszeni wyłoniła się malutka postać. - Cały czas była z tobą, tuż przy twoim sercu...

       - Sercu? W spodniach?

       - No... ale tak pulsowało i było takie ciepłe, myślałam, że mężczyźni mają serce tam, gdzie my kobiety mamy...

       - Ciiii... ktoś idzie...

       - Nie, to my idziemy. O, zobacz, ruszam nogami...

       Maciej usiadł za kierownicą forda, Eleonore posadził na tylnej kanapie (wygodnie jej było - w końcu ford to wygodny samochód... a teraz, w promocyjnej cenie najnowsze modele forda ze zniżką nawet do 8 tysięcy złotych! [taki jest świat, jak chce się coś wydać trzeba mieć sponsora... life is brutal, jakby powiedział mój tłumacz, gdybym miał za co go zatrudnić]). 1

       "NEAPOL 43 KM"

       - Tak, to tutaj. Skręć w lewo! - krzyknęła piskliwie Eleonore. - Tutaj, skręcaj...

       - Ale tu jest kiepska droga!

       - Ford to jeden z najwytrzymalszych samochodów, da radę - powiedziała, choć nie musiała... takie jest życie, wybaczcie mi. Poza tym w umowie jest, że nazwa ford ma się pojawić 5 razy (a już jest 6!, nie licząc tego razu: ford - chyba będę musiał poprosić o większe pieniądze).

       Skręcili więc w boczną dróżkę. Po dwudziestu minutach (które Eleonore spędziła na obcowaniu z nagim sercem Macieja) byli na miejscu. W mroku, tuż przy ścianie lasu stała mała drewniana chata. Eleonore wytłumaczyła, że właśnie w tym miejscu urodziła się... Maciej zrozumiał, że jest chata jej matki. Bał się, że może być pusta...

       Jaka radość była, kiedy drzwi otworzyły się i jakaś przygarbiona postać stanęła na schodach. Eleonore zeskoczyła z siedzenia, potem przez drzwi i pobiegła do domu. Poznała staruszkę od razu.

       - BABCIA!!!

       - Kleopatra?! - zapytała z niedowierzaniem w głosie. - O Heliosie, królu słońca, bądź pozdrowiony... Kleo, to naprawdę ty!

       - Ja babciu...

       - Kleopatra?! - wtrącił się Maciej. - Jaka Kleopatra, Eleonoro?

       - No wiesz... jakby ci to powiedzieć... nie nazywam się Eleonore. Zmyśliłam, bo jakbym powiedziała, że byłam jeszcze królową Egiptu, żoną faraona to już w ogóle byś mi nie uwierzył... - odwróciła się do babci. - Babciu, weź mnie odczaruj, co?

       - Dobrze, dobrze wnusiu... Hehe, choć do środka...

       - Hej!... A ja?

       - Co.. ty? - zapytała podejrzliwie babcia.

       - Mam tu stać?

       - A stój gdzie chcesz, mam to w dupie! - odparła babcia.

       Eleonore weszła do środka. Maciej oparł się o samochód, wyciągnął papierosa i zapalił, po czym wypluł to świństwo bo przypomniał sobie, że nie pali. Czekał chwil kilka, po czym wszedł do środka.

       To co zobaczył przerosło jego najśmielsze oczekiwania. To była Eleonore - Kleopatra. Piękna jak nikt przed nią. Poczuł się tak, jak gdyby ujrzał kobietę po raz pierwszy w swoim życiu. Jego serce nabrzmiało gwałtownie... Kleopatra siedziała na krześle. Długie, czarne jak noc włosy opadały na ramiona. Jej krągłe piersi były pełne, jędrne... Eleonore wstała. Maciej zdębiał jeszcze bardziej - była wysoka, wyższa od niego. Ubrała koronkową bluzeczkę i podeszła do Macieja. Serce biło mu coraz szybciej i szybciej...

       - No i jak ci się teraz podobam? - zapytała melodyjnym, aksamitnym głosem. - Jest lepiej, prawda?

       - Eee... aaa... eyyyhhh... zajebiście! - rzucił Maciej, po czym zarumienił się jak młody chłopak.

       - Co to znaczy?

       - To znaczy, że... że... nigdy nie widziałem... nie... nie widziałem... nie widziałem tak... tak pięknej... pięknej kobiety... jak... jak... jak... jak... tak pięknej jak ty! - wyrzucił w końcu.

       - Naprawdę ci się podobam? - zapytała z entuzjazmem.

       - Tak, bardzo, bardzo... W sumie to moglibyśmy tu i teraz...

       - Ciii... - przytknęła mu palec do ust. - Babcia jest w pokoju obok, ogląda telewizję...

       - O, co dzisiaj?

       - Jakiś film...

       Z drugiego pokoju dobiegły jakieś słowa: "Jest szybki, szybki jak wiatr i silny, silny jak burza. Z nim, zajedziesz dalej. Zostawisz wszystkich w tyle. To ford. Ford Mustang".

       Nasi bohaterowie pożegnali się z Babcią (która w prezencie dała swej wnuczce dwie butelki z nektarem i kanisterek z ambrozją (którą kiedyś tam kupiła na targu w Atenach od jakieś sprzedajnego Midasa, czy jak mu tam było). Wsiedli w samochód i ruszyli przed siebie - choć nie wiedzieli jeszcze gdzie zaniesie ich życie. Wszystko było przed nimi.

       Po drodze przystawali na każdym napotkanym przydrożnym parkingu, żeby się... - nazywając rzeczy po imieniu - zabawić. Maciej odkrył zupełnie nowe odczucia, całkowicie nowe doznania... To stało się dla niego czymś więcej niż było do tej pory. Można by nawet powiedzieć, że chłopak się zakochał... w kobiecie!

       - Kleo... ja... chyba... ja... ja cię kocham.

       - Ja też cię kocham, Maciusiu!

       I jeszcze raz, i jeszcze... i znowu... Mocno się kochali. Kochali się tak, że serce zaczęło Macieja boleć i musieli przystopować, bo zatrzymała ich policja (znowu). I zabrała go na komendę (znowu). Okazało się, że potrzebują go ludzie z Sycylii, gdyż Niania - szef tamtejszej mafii - właśnie zmarła i potrzebny był prawdziwy twardziel potrafiący podejmować trudne decyzje...

       - No to jaki kolor majtek wolisz na mnie? No powiedz w końcu!

       - Nie wiem, Kleo, cholera, nie wiem...

       Trudne... z tymi łatwiejszymi miał większe problemy.

       Ale wracając do mafii - Maciej przyjął ich zaproszenie i wraz z Kleopatrą pojechał następnego dnia do Rzymu, by spotkać się z prawą ręką samego Bossa i lewą nogą Niani - Redem Bykiem (Red Ból - przyp. tłum. (więcej reklam - więcej kasy - więcej ludzi w ekipie (stąd tłumacz))).

       - Ale co mam niby robić, panie Bólu?

       - No jak to co? Sprzątać. Dostanie pan odpowiedni sprzęt i będzie pan sprzątał. Tutaj, trochę w Rzymie, może potem załatwi pan kilka zleceń w Europie. Roboty jest mnóstwo, nikomu nie zabraknie, a zwłaszcza takiemu fachowcowi jak pan, panie Szczupak - Ból uśmiechnął się ukazując perłowe zęby, nawtykane gęsto w paszczękę jak sardynki do puszki. - No to, bierzesz to, Macieju, czy mam załatwić tę twoją cizię?

       - Nie, nie... jasne że biorę. Zawsze o tym marzyłem.

       - Dobra... Jutro o 7:15 przed barem Hortus Pulcher.

       Maciej wyszedł z pokoju Bóla. Na zewnątrz czekała na niego Kleopatra, otoczona zapatrzonymi w nią mężczyznami. Gdy tylko ujrzała Macieja wstała i rzuciła mu się na szyję. Maciej streścił jej rozmowę z bossem.

       - Boję się o ciebie, Maciusiu, kochanie! Boję się, że zrobisz sobie krzywdę!

       - Trust me. [wszystko będzie dobrze, zobaczysz]

       - If you don't go to this bar tommorow I'll trust you, Matzyey. [jeśli jutro nie pójdziesz na tę rzeź, która może cię zastać przed umówionym miejscem spotkania to będę mogła ci zaufać - ale jeżeli pójdziesz, to nie będę mogła ci zaufać, niestety]

       - I have to go. I promised. [dobrze, ale i tak pójdę]

       Maciej poszedł. Przed barem stała zielona furgonetka z wielkim logo: Sprzęt do sprzątania. "Albo ich porąbało całkiem albo tutaj nie ma policji" - rzekł się w duchu Maciej, po czym obszedł dwa razy samochód i zapukał w przyciemnioną szybkę. Coś poruszyło się w środku.

       - Zara zara! - usłyszał gruby, męski głos.

       Tylne drzwi otworzyły się. Z samochodu wyszedł mężczyzna w zielonym kombinezonie.

       - To ty jesteś Szczupak, tak? - zapytał głośno. Maciej pokiwał głową. - No to dobra. Dzisiaj robimy tutaj zlecenie, trzeba wyszorować ten marmurkowy chodniczek, wymyć okna...

       - Jak to?

       - Co jak to?

       - Ja myślałem, że wymyślicie lepszy kamuflaż!

       - Jaki kamuflaż! Bierz szczotkę i zapierdzielaj do roboty, Szczupak! To nie są żarty!

       - A broń?

       - Jaka broń?

       Do Macieja dotarło, że sprzątanie znaczyło tyle, co sprzątanie - bez metafor.

       - A ja myślałem, że...

       - Nie gadaj tyle tylko pucuj...

       Z samochodu dobiegł uszu Macieja słodki głos:

      

       - Wyślij tego gamonia na marmurek, a sam choć tutaj bo mi wiatr wieje gdzieniegdzie jak mam tak rozwarte nogi, bo przecież nie będę czekać na ciebie tyle czasu, bo zmarznę i się odpodniecę. Albo sam idź na marmurek, a tego kogucika daj mi tutaj... E ty! - zwróciła się do Macieja. - Co masz tam w spodniach?

       - Ja... - chciał skłamać, że nic, ale przypomniały mu się czasy 'Ogurasów'. - No więc mam ogurasa.

       - Hmmmmm... Muszę to zobaczyć. Paolo, spieprzaj stąd, dobrze? No... A ty choć tutaj, wejdź, zapraszam.

       Maciej wszedł. Wnętrze było ciepłe. Nic dziwnego - klimatyzacja w każdym seryjnie produkowanym modelu forda transita...

       - O tak! Oooo tak... och... aaaach... oeeee... jeszcze Ogóreczku, o jeszcze... taaaakk... taaaaaaaaakkkkk!!! O, jesteś cudowny! Jak masz na imię?

       - Maciej. A ty?

       - Jestem Niania.

       - Niania? Ta Niania?! - Maciej poczuł się jak uderzony obuchem od młota pneumatycznego. - Przecież ona, to znaczy ty nie żyjesz.

       - No to nekrofil z ciebie, koguciku.

       - Eee...

       - Nie gadaj tyle, tylko szykuj pytę i jeszcze raz.

       No i jeszcze raz, i jeszcze... i jeszcze... W sumie gdyby nie wspaniałe zawieszenie forda (żenujące, prawda?) to chyba podwozie by się oberwało. No ale tak była w życiu, no nie?

       Maciej leżał sobie paląc cygaro marki "Cicce Sghara" (z tego wszystkiego zapomniał o Kleo i o tym, że ją kocha - samo życie). W jego głowie rodził się plan, by podstępem wejść w posiadanie dużych pieniędzy tej małej, która obok niego leżała i dzięki temu wziąć ślub...

       - Aaaaa!!! - krzyknął Maciej, gdy przypomniała mu się wybranka jego serca. - Aaaaaaaa!!! - powtórzył tragicznie.

       - Co się stało malutki?

       - Boże, ja mam, Kleo... - gdy otworzył oczy ujrzał słodką twarz Kleopatry. - Kleo? Wiesz o wszystkim, prawda?

       - O czym, Maciusiu. Miałeś zły sen... opowiedz mi, wyrzuć go z siebie...

       - Dobrze - zgodził się Maciej. - Zgadzam się - dodał kiwając głową. - Tak, opowiem - zamruczał. - No pewnie że opowiem - rzekł. - Obiecuję, że ci opowiem - obiecał Kleopatrze Maciej. - Ale jutro, chcę spać - zobowiązał się i zasnąć chrapiąc.

       Nazajutrz rano mieli wyruszać na Sycylię, ale Maciej wyperswadował Kleopatrze ten pomysł:

       - Kleo, nie jadę i już. Kropka. Koniec.

       - Ale pomyśl, miałbyś broń, działa, miecze, może nawet zbroje... mielibyśmy siłę i moglibyśmy walczyć o honor i odbudowę Laktacji! Maciej, co ty na to?

       - Kleo, nie jadę i już. Kropka. Koniec.

       Silny charakter nie opuszczał Macieja, był jak jego cień, który chodził za nim wszędzie tam, gdzie poszedł Maciej i vice versa (jeżeli ktoś nie wie o co tutaj chodzi niech nie pyta - nikt nie wie, ale podobno trzeba dbać o wykurwiaszczą ozdobność języka prozatorskiego - przyp. prof. J. Mniodka).

       Czas mijał, pieniądze na koncie Macieja kurczyły się z dnia na dzień. Poza tym nie mogli znaleźć jakiegoś kąta. W każdym hotelu zaraz skarżyli się na nich sąsiedzi - że są głośni nocami. I nic nie pomagały wyjaśnienia, że Maciej nie bzykał nikogo przed ostanie trzy lata, a Kleopatra przed kilkanaście wieków... Musieli zmieniać hotele jak gumy (gdy te się zżuwały). W końcu Maciej postanowił zagrać w totolotka.

       - Jak zagrać...? Kleo, masz pomysł?

       - Postaw na swoje szczęśliwe numery.

       - Okej... 28, 19, 44, 3, 25, 1.

       - Co to za liczby?

       - Długość penisa, mój rekord na jedną noc, numer buta, ilość jąder, mój wiek i moja ulubiona część No Idea.

       - Nie wmówisz mi, że masz 25 lat!...

       - No nie mam, ale... ale bardzo chciałbym mieć...

       - ... no i pierwszą liczbę chyba pomyliłeś z trzecią... reszta chyba w porządku...

       No więc Maciej wypełnił kupon i wysłał go gdzie trzeba. Siedząc przed telewizorem czekali na losowanie. Rosło napięcie, podniecenie, ekscytacja... ale szybko udało im się to rozładować (bynajmniej nie siłując się na ręce). Nadszedł czas losowania.

       - Dzisiejsze wylosowane liczby to: 1, 3, 19, 25, 28 i 44...

       - Jeeeeeeeest!!! Ahahahaha!!! Hurraaaaa!!!!!!

       - Juppieeeee!!! Aaaaaa!!!!... Aaaaa...? A?

       - Co się stało, Kleo, czemu się nie cieszysz?

       - Bo tak się zastanawiam gdzie jest kupon...

       - No tu leżał, na biurku...

       - Tam gdzie znaczek?

       - Jaki znaczek... znaczek nakleiłem na kopertę, żeby wysłać list do brata Alberta... znaczek... o kur... nakleiłem kupon zamiast znaczka...

       Maciej usiadł na tapczanie i zaczął cicho pojękiwać. Nagle jego jęki przeszły w stadium głośniejsze, bo Kleo, chcąc go pocieszyć... no ale dajmy im odrobinę prywatności (to, że są bohaterami tej książki nie znaczy, że trzeba opisywać ich poczynania i seks oralny krok po kroku jak w jakimś podręczniku, prawda?).

       Nazajutrz rano Maciej wstał jak skowronek (to nie znaczy, że wyskoczył oknem, zaczął latać i coś wyśpiewywać, jakby to nam sugerowało to wyrażenie, on po prostu wstał w radosnym nastroju). Zrozumiał, że pieniądze to nie wszystko. Że liczy się także seks i czasami, od czasu do czasu, sporadycznie, miłość. Taka prawdziwa, w kilku pozycjach, o różnym natężeniu itd.

       - Maciej, tak sobie myślę o tobie i twoich poprzednich kobietach i muszę powiedzieć, że wspaniale ewoluowałeś jako bohater literacki, wiesz?

       - Tak?

       - Tak... coś jak Dżejms Bąd. Najpierw panienki, latanie po świecie, a teraz stateczność, jedna superdupcia, czyli ja... no wiesz o co mi chodzi, no nie?

       - Wiem, wiem...

       Maciej wiedział o co chodzi Kleopatrze i nawet jej słuchał, ale myślami był bardzo daleko. W swojej ojczyźnie, której przysiągł niegdyś, że będzie jej bronił w niebezpieczeństwie. A niebezpieczeństwo właśnie się zbliżało - było tuż, tuż od jego ukochanej Polski...

       - Wiadomości ze świata. W stolicy Polski doszło do zamieszek pomiędzy Związkiem Związkowców Związkowych a Związkiem Związków Związkowców Związkowych. Problemem spornym było opublikowanie przez Gazetę Związkową, wydawaną przez niezależny serwis Związku Związkowego Związków Związków Związkowców Związkowych, artykułu poświęconego książce pani Marii Brząkadełeczko-Szczupak będącej pamiętnikiem jej męki z jej mężem Maciejem Brząkadełeczko-Szczupakiem. Opinią publiczną Polski wstrząsnęły rozbierane zdjęcia brata Alberta, które...

       - Aaaaaa!!! Na odsiecz!!! - zakrzyknął Maciej rzuciwszy glinianym kubkiem w hotelowy telewizor. - Kleo! Kleo, jedziemy do kraju. Trzeba walczyć o honor brata Alberta i zdrowie psychiczne społeczeństwa ojczyzny!

       - Tak trzymaj, Maciusiu, kocham cię za to wszystko! A teraz skup się, proszę, bo miękniesz...

       - Ano tak, tak, już się skupiam...

       Następnego dnia rano Maciej i Kleopatra ruszyli do Polski tą samą drogą, którą tutaj przyjechali - tyle że z powrotem. Nie wiedzieli jeszcze, że w kraju panował chaos. Maciej był odporny na widok nagiego Alberta (te kilka lat w zakonie swoje robi), ale niewinni ludzie przeżyli szok... ogromny szok.

       Nasi bohaterowie wjeżdżali właśnie do kraju, kiedy zatrzymała ich policja (znowu - nie wiem już który raz - ale tendencyjna ta historia) i zabrała na komendę (bez komentarza), gdzie zapoznali się z panującą w kraju sytuacją. Maciej przez chwilę milczał, po czym wypowiedział coś, czego pewnie nie przemyślał dokładnie, ale co okazało się być genialnym rozwiązaniem:

       - Happy end czyli ja nagi z erekcją jako pozytywne katharsis dla zawładniętego przez chaos społeczeństwa!

       - Wspaniały pomysł, Macieju! - krzyknął komendant policji.

       - Ale... ale... - chlipnęła Kleopatra. - Ale czemu inne mają też ciebie oglądać, Maciuś? Myślałam, że tylko ja mogę.

       - Kochanie, priorytety. Dla ratowania ojczyzny rzucim się na morze. Czy ty nie poświęciłabyś się dla ratowania Laktacji?

       - Chyba... chyba jednak rozumiem to... ale to boli!!!

       - Spokojnie. Wszystko będzie dobrze.

       I tym sposobem nie tylko mogli rozwiązać problem szoku postnagoalbertowego, ale także wzbogacić się - wszak zdjęcia z sesji kupiły wszystkie wielkie wydawnictwa prasy kobiecej... czego Kleopatra nie mogła znieść zupełnie. Ale urok osobisty Macieja powolutku oswajał ją z myślą, że przecież ona ma wyłączność na dotykanie tego, na co inne sobie popatrzą tylko (dobrze, że nie wiedziała, że pewna firma z Holandii produkowała dmuchane lalki z wibratorem, które miały postać i twarz jej Macieja).

       Gdy sprawa ucichła, za zarobione pieniądze kupili sobie domek nad jeziorem. Dni mijały im powoli, spokojnie (czasami gwałtownie, choć Kleo zawsze mówiła, że chce tego tak samo mocno jak Maciej). W wojowniczej księżniczce odezwały się jednak marzenia o wielkiej Laktacji. Chciała powiedzieć to Maciusiowi, ale nie wiedziała za bardzo jak. W końcu zdobyła się na odwagę...

       - Kochanie... nie wiem jak ci to powiedzieć...

       - Wal śmiało.

       - Ale...

       - No już...

       - Ale ja...

       - Śmiało, Kleo, słucham cię.

       - No więc pragnę laktacji...

       - Nie damy rady, kochanie. Przykro mi. Potrzebne byłoby wojsko, jakieś czołgi, samoloty, żeby tę Trację z rąk Macedończyków wyrwać, a poza tym...

       - Ale ja chcę mieć z tobą dziecko!

       Maciej stanął jak zabity (eee?), wpatrzony w przestrzeń udawał, że nic nie słyszał. Był przerażony do szpiku kości - nawet czubki uszu stanęły mu w obliczu strachu.

       - Ale... ale... to nie takie proste...

       - Przestanę łykać te pastylki.

       - Nie o to chodzi... Wiesz... nie wiem jak ci to powiedzieć - Maciej mówił tak, jakby nie wiedział jak to powiedzieć. - Bo nie wiem - najwyraźniej nie wiedział. - Mam już jedno dziecko...

       - Macieja Juniora?

       - Tak... kiedyś się poprztykaliśmy o to, czy zboże rośnie wolno czy szybko i od tamtej pory go nie widziałem... Ale o niego się nie boję, jest już dorosły, pewnie zdążył się już rozwieźć. Chodzi mi o to, że nie chcę, by nasze dziecko rosło na takim świecie. My jesteśmy już... no, nie starzy, ale w kwiecie wieku i wszystko jedno czy jutro nas otrują, czy zaatakują bombami, ale dzieci... wiesz o czym mówię, prawda?

       - Wiem, Macieju... - Kleopatra spuściła głowę w smutku. - Ale chyba powinniśmy spróbować. Spójrz tylko, świat jest taki zły, a ty jesteś taki pogodny, zabawny, jakbyś tego nie zauważał!

       - Zauważam, Kleo, codziennie, w każdej minucie. Ale co mi pozostaje? Płakać? Nie... wolę śmiać się i szaleć, bo sama cholera wie (co wiem?! - przy. Cholery) kiedy przyjdzie nam kipnąć. A propos kipnąć, chyba mam ochotę na kakao...

       - Nie... proszę, nie jestem w nastroju...

       - Nie o tym mówię, chodzi mi o kakao z mlekiem... to znaczy taki napój...

       - A, już wiem!

       Maciej starzał się. Może starał się tego po sobie nie okazywać, ale spoważniał tak bardzo, że aż mi ciarki po plecach chodzą. Ale, z drugiej strony, nie ma chyba powodu, żeby mu się dziwić - swoje przeżył, a świat rzeczywiście, jaki jest - każdy widzi.

       Minęło parę miesięcy. Maciejowi udało się przeprowadzić pomyślnie rozwód z Marysią (od razu poderwała sędziego - bo był przystojny (z pochodzenia południowiec, Jan Corleone) i bogaty - pewnie też z wielkiej miłości (do pieniędzy)) i już w kilka dni po nim miał nową żonę. Kleopatra powiedziała "tak". Młoda para wyruszyła w podróż poślubną do Rio de Janeiro...

       - Ech, Maciuś, jak cudownie szaleć z tobą w Brazylii, wiesz?

       - Wiem, wiem, ale z tobą cudowniej...

       - Hm... misiaczku mój... a byłeś tutaj kiedyś? W Cafe Brasile?

       - Nie...

       - No chodźmy...

       I weszli.

       - Aaaaa!!! Si bella quarttero Masieya Shtshoopackaa!!! - zakrzyknął barman.

       - Cześć, cześć! - odparł Maciej.

       - Znasz ich? - zapytała Kleo.

       - Tak... w sumie kiedyś byłem w takiej trupie teatralnej i jeździliśmy trochę po świecie... no i chyba tutaj jednak też byliśmy. Kiedyś, jak...

       - Ooo... Maciusiu, wiedziałam że wrócisz! - zakrzyknęła szeptem Juanita, znana skądinąd nam wszystkim, prawda? - Co to za cizia? - zapytała wskoczywszy Maciejowi na kolana.

       - Moja żona!!!

       - Maciej, kto to jest!?

       - Eekkhem, eeeekhheem... przepraszam, muszę się czegoś napić... Barman!

       - O, pane Szczupak, to co zwykle pa chce, pane?

       - Tak, tak...

       Maciej wypił duszkiem ponad litr tequili. Wciąż był pod obstrzałem oczu Kleopatry, które zadawały pytania - kto to był, czemu mówiła szeptem, czemu pocałowała go w policzek, czemu rozpięła mu rozporek. A co on, bidulek, mógł jej odpowiedzieć?

       - Jestem jaki jestem. Jak ci się nie podoba to odejdź i będę miał święty spokój - w sumie mógł nadal nie wiedzieć, bo wybrał bez wątpienia najgorszą z możliwych możliwości.

       - Okej. Odchodzę.

       I odeszła. Czwartego dnia podróży poślubnej. Maciej doturlał się pod stolik, przy którym siedziały 4 nocne damy i w otoczeniu długich nóg, ogólnym braku bielizny i w zapachu przepoconych stóp, zasnął. Spało mu się nawet dobrze, ale krótko - następnego dnia o 17-tej obudziło go coś mokrego.

       - Czarls no wiesz... jak możesz? W restauracji? - usłyszał jak przez dźwiękową mgłę wymanierowany kobiecy głos.

       - Przepraszam kochanie, ale nie mogłem się oprzeć. Mam tak luźne spodnie, chyba się nikt nie domyśli, jak sądzisz, Margaret?

       - Nie wiem... ale następnym razem poproś mnie, wejdę po stół i już, albo pójdź do tamtych pań... słyszysz mnie, Czarls, pójdziesz do tamtych pań i one to zrobią lepiej niż ty sam. Dobrze?

       - Dobrze, Margaret.

       Maciej nie mógł tego słuchać. Wygrzebał się spod stolika, ukłonił kobiecie, podał swą śliską dłoń mężczyźnie i wyszedł.

       Wszystko go bolało, a najbardziej łepetyna - jednak wlać w siebie tyle bimbru to nawet Salomon nie dałby rady, ani tym bardziej jego żona, Salmonella. W każdym razie poszedł do hotelu, gdzie byli zakwaterowani. Kleopatry nie było. Na stole leżał list:

       "Kochany, najsłodszy mężu. Musiałam odejść. Traktujesz mnie jak jeszcze jedną lalkę u Twojego boku, a ja pragnę tylko być blisko. Poza tym chcę mieć dziecko, normalny dom, a nie playboya, za którym uganiają się wszystkie mało- i dużolaty. Chcę żyć spokojnie, a nie obawiać się, że mojego męża odbije mi jakaś napalona 20-latka z Hondurasu. Wybacz mi, ale musiałam odejść, mój kochany, najsłodszy mężu".

       Maciej usiadł i się rozpłakał. Czekał na ideał tyle lat, a zgubiła go jego własna przeszłość... Ból szarpał jego sercem, postanowił więc, że wróci do kraju, by tam umrzeć...

       W porcie kupił bilet na statek (bał się latać samolotami, odkąd ceny turbanów tak bardzo wzrosły). Czekała go długa podróż.

       Ale zostawmy Macieja na moment, i przyjrzyjmy się co porabia Kleopatra... No więc Kleo poleciała do Londynu samolotem (podróż z Lotem na lotnisko pod Sopotem - przyp. Grzegorza Turbana). Tam szybko wsiadła w pociąg Inter Europe i po kilkunastu godzinach była już w Polsce... Wyglądała na smutną i zawiedzioną. W głębi duszy chyba wierzyła w to, że Maciej ją odnajdzie i będzie mogła do niego wrócić....

       A Maciej się rozchodził się, nabrał swojego tempa. I nawet miał swoje wielbicielki.

       - No dobrze, pani Prądzik, jeszcze jeden obrót!

       - Ale Maciej, czekaj... ufff... yhuuu... yhuuu... yhuuu... czekaj, ja nie dam rady.

       - Pani Prądzik, da pani, tango nie jest trudne. Sama pani mówiła, że przed wojną tańczyła pani oberki na weselach... No co, nie prawdę mówię?

       - Prawdę, w 1938 ostatni raz.

       - No, już... jeden obrót... O, to może pani, pani Zimo?

       - Wiosno!

       - Wiosno, przepraszam... no... Okej, hop, siup, i teraz obrót... [zgrzyt]. Ojej...

       - Co się stało, Macieju?

       - Coś w kręgosłupie... o kurw... ja boli! Lekarza! W cholerę...

       Maciej dalszą część imprezy okrętowej przeleżał w swojej kajucie. Gdy poczuł się już lepiej (w sensie na tyle dobrze, żeby wstać) wstał i wyszedł. Było już ciemno, gwiazdy mrugały radośnie odbijając się w ciemnej toni oceanu, a księżyc krzyczał imię jego żony: "Kleopatro!". Maciej krzyczał wraz z nim...

       - Czego się pan tak drzesz?!

       - Ja...? - zapytał zdziwiony Maciej. - Przecież ja... ale kto?

       - To ja, Księżyc. Nie drzyj się tak, bo jak mnie wkurzysz to sobie pójdę jakieś zaćmienia robić. Lepiej popatrz tam, na prawo, jaka ładna buzia sobie stoi...

       - A no... i pupcia całkiem ładna... podejść, zagadać?

       - Szczupak, ty chyba wiesz najlepiej!

       - Ale moja żona?

       - Daj spokój żonie. Nie chciała cię to daj sobie z nią spokój...

       - W sumie chyba masz rację... Dziękuję, Księżycu.

       Maciej usłuchał króla nocy i zbliżył się do kobiety. Jej długie blond włosy lśniły w księżycowym świetle. Maciej zbliżał się powolnym cwałem bokiem, kiedy nagle pomiędzy nimi przeleciał nietoperz pierdzący [nocturnus pierdziatus]:

       [prrrrrrrrrrrrrrrryyyt>]

       Smrodek dotarł już do nosa dziewczyny, kiedy Maciej odważył się wypowiedzieć pierwsze słowa:

       - Przepraszam...

       - Nie ma za co... następnym razem niech pan nie je sosu groszkowego - przerwała mu i zasłoniwszy nos uciekła w popłochu (to jakiś nowy krzyk [aaaaaaa!] mody, ten popłoch - przyp. Diora).

       Maciej wrócił do kajuty i zasępił się posępnie, po czym zasnął. Śniła mu się Kleopatra - siedziała na tronie, a on podawał jej papier toaletowy...

       Rejs minął mu bardzo szybko (prawie cały przetańczył z paniami Wiosną i Prądzik). Wpływał już do portu. W sumie nie wiedział co będzie robić - bez sensu więc kroiło się jego życie, bez celu. Ale los szykował mu kolejne zadanie.

       [tiiii, tiiiitiriritiiii]

       - Halo, Maciej Brząkadełeczko-Szczupak przy telefonie...

       - Wiem, Szczupak, w końcu to twoja komórka. Słuchaj. Tutaj Albert, mam ważną sprawę...

       - No mów co się stało...

       - Pamiętasz moją żonę?

       - Wacławę? - zapytał Maciej patrząc lewym okiem na stojącą obok brunetkę.

       - No właśnie, Wacława. Odszedł ode mnie...

       - No to...

      

       - Maciej, ale żeby tego było mało! To była kobieta, ten Wacław! Babą była, rozumiesz! Okłamywała mnie przez ten cały czas... całe dwa miesiące żyłem w mackach jej obłudy, jak szkielet człowieka dryfującego w nieskończonej głębi, jak... kurwa, Maciej, co się ze mną dzieje?!

       - Spokojnie. Gdzie jesteś, Albert?

       - Na statku. Dopływam do portu...

       - Na jakim statku?

       - Santa Bela Carrera, z Brazylii. Stoję obok jakiegoś zarośniętego palanta, też trzyma w ręku komórkę... ale nie o tym chciałem... a ty gdzie jesteś i jak szybko możesz tu być?

       - Ja też jestem na statku, też z Brazylii, stoję obok ślicznej brunetki i...

       - MACIEJ!!! - dziewczyna rzuciła się na Szczupaka wytrącając mu z ręki telefon. - Maciej. Jesteś...

       - Przep... przepraszam, czy my się znamy tak w ogóle?

       - Nie no Szczupak, to ja, Albert! Kupę lat, co nie?

       - Ale co ci się stało... wyglądasz jak kobieta?

       - Zmieniłem płeć. Miałem dość tego, że ludzie traktowali mnie jak jakiegoś pedała tylko dlatego, że gustowałem w facetach. Teraz nie ma problemu, wyglądam jak jakaś sexy-woman i nikt się nie dziwi, że podrywam chłopaczków w barze... ale opowiedz co u ciebie...

       - Ech, stare dzieje... - odrzekł zakłopotany Maciej.

       - Co, dalej zaliczasz wszystko, co znajdzie się w zasięgu twojego wzroku?

       - Niezupełnie... ustabilizowałem się...

       - Eeeeee?

       - ... mam żonę...

       - Eeeee?!?!!?

       - ... planujemy dziecko...

       - EAEAEAEAEEEEEEE?!?!?!?! Szczupak, co się s tobą stało? Byłeś jak wicher, co w oczach tak niewinnych, tak czystych jak puch miękkich włosów dziecka, a teraz straszysz pustką w przelęknionym domu?... Bo Boże, znowu! - wychylił się za burtę i zwymiotował. Nieprzyjemny był to widok, taka śliczna dziewczyna rzygająca nadtrawionymi szprotkami, fe! - Nienawidzę poezji. Rzygam na samą myśl. A on... ONA wstrzyknęła mi kiedy spałem poezję do krwi i teraz nie mogę się tego pozbyć... Jak zło nieprzebrane krąży po żyłach w czeluści... bleeeee...

       Maciej nie mógł na to patrzeć. Najszybciej jak mógł zbiegł na dół, do swojej kajuty, i zaryglował drzwi w nadziei, że Albert go tam nie znajdzie... Po kilku minutach usłyszał jednak pukanie do drzwi. Początkowo nie otwierał, ale gdy ten ktoś zaczął kopać i grozić, że podłoży laskę dynamitu i wejdzie, Maciej ustąpił.

       Do pokoju weszła kobieta. Była olśniewająco piękna, jak wicher, co znad mórz... o, przepraszam... Miała perłowe lśniące włosy, sięgające aż do kostek. Oczy miała błękitne jak nieb granice, które w ciągłej nadziei czekają na zbawcę świata... przepraszam... nie wiem co się ze mną dzieje... No więc krótko: dupcia to była że ulalala.

       - Dzień dobry - powiedziała głosem słodkim jak likier.

       Maciej stał skonsternowany, a raczej skoncentrowany na tym, żeby nie zemdleć.

       - Jestem Diana, czy ma pan może odrobinę pieprzu? Bo chciała bym trochę... popieprzyć... - powiedziała mocno akcentując ostatnie słowo.

       - Eeeee... pieprz... pieprz - powiedział Maciej myśląc nad tym, czy ma czy nie ma. - Pieprz? Pieprz... pieprz... pieprz się...

       - O ty chamie!

       - ... znajdzie... Ej, Diana, gdzie uciekasz... Ech, co ja takiego powiedziałem?

       Maciej nie wiedział co takiego powiedział, więc za to właśnie w kajucie sam siedział. Chociaż go bardzo gdzieniegdzie paliło, żeby maleństwo w jego kajucie było...

       Mijały tygodnie. Maciej mieszkał sobie w hotelu w Szwecji (bo wysiadł trochę za szybko, czego nigdy nie żałował, bo w ten sposób pozbył się Alberta). Tęsknił za Kleopatrą, ale skoro nawet sam księżyc mówił, że ona go nie chce to pewnie go nie chce, zważywszy na to, że go nie chce. Chociaż on sam nie wiedział, czy chce wierzyć w to, czy ona chce by on chciał, choć chciał wierzyć, że on chce żeby ona wierzyła w to, że sama chce. Ale nie chciał jej do niczego zmuszać.

       Maciej podjął pracę na stanowisku premiera Szwecji, bo, jak twierdził, żadna praca nie hańbi. To dawało mu wystarczają dużo pieniędzy, by żyć godnie i wygodnie (ciekawe co na to fiskus?), ale też i mnóstwo czasu by rozmyślać nad swoim nieszczęściem.

       "Jestem do dupy. Nie miałem kobiety od... nie pamiętam już kiedy. Ostatnia była Kleo. Ale jej już nie ma. Wszystko się sypie... a już najbardziej łupież. Chyba posłucham mojego ministra zdrowia i zacznę myć głowę tym rewelacyjnym szamponem przeciwłupieżowym z nitrogliceryną - Vybuhonidazolem... tak, pewnie dlatego nie..."

       Jego rozmyślania przerwała niespodziewana erekcja.

       - Hej! Kim jesteś i co tu robisz?!

       - Jestem dobrą wróżką i spełniam marzenia, by ludzie nie byli smutni. Teraz nic nie mów, bo i tak ci nie odpowiem...

       - Ale ja nie chcę, ja kocham... och... tttakk... kocham... kocham cię, aniołeczku... oooo...

       Gdy Maciej i Wróżka zabawiali się na pre-miernym biurku, przez dziurkę od klucza podglądała ich sekretarka - długonoga Carla. Nie mogąc wytrzymać, z zazrdości (albo i nie) weszła do gabinetu Macieja. Nie mówiąc nic wyskoczyła z ciuchów i przyłączyła się do zabawy... A to był dopiero początek... Pomimo tego, że nie przystoi mi pisać tutaj o takich rzeczach, napiszę, że skończyło się to ogromną, ogólnoministerską orgią, w której udziału nie wziął tylko minister ochrony środowiska (świadomy tego, że produkty lateksowe bardzo zanieczyszczają ziemię).

       Tydzień po orgii, gdy już wszystko uprzątnięto, Maciej postanowił wrócić do kraju i odszukać Kleopatrę. Seks, który do tej pory był sensem jego życia, przestał być dla niego ważny z ostatnim orgazmem w tamtym gabinecie. Ważna była prawdziwa miłość, to uczucie, które wcześniej odczuł tylko raz - w Himalajach, gdy ujrzał pewną kozicę...

       Tymczasem Kleopatra próbowała walczyć z zaborcami w Tracji, co przyczyniło się do tego, że umieszczona ją w zakładzie dla obłąkanych na peryferiach Rzymu. Nikt nie chciał słuchać prawdziwej królowej...

       Maciej odnalazł ją pewnego dnia w rejestrze osób chorych nieuleczalnie. Czym prędzej wsiadł w swój premierski śmigłowiec i po kilku godzinach lotu był na miejscu. Wszedł do szpitala, ona czekała, wyglądał tak biedniutko...

       - Kleopatra!

       - Maciej...

       - Kocham cię!!!

       - Ja ciebie też kocham...

       Piękna to była scena, mnóstwo łez szczęścia. Płakali wszyscy - Napoleon, Elvis, Einstein... tylko wąsiasty Adolf nie płakał, tylko starannie kreślił jakieś kreski na mapie Europy.

       Krótko mówiąc to była najpiękniejsza scena z całej No Idea, nie przymierzając, może nawet najpiękniejsza scena z całej literatury światowej. Kto wie? W każdym razie Maciej użył swoich wpływów i wyciągnął Kleo z wariatkowa, a potem wszystko potoczyło się jak w bajce... Kleopatra wybaczyła Maciejowi zdradę i wcześniejsze wybryki, on wybaczył jej odejście i związki analne z Juliuszem Cezarem (choć mówiła, że to tylko dla niego). Od tej pory Maciej żył przykładnie, świetnie sprawował się jako premier Szwecji, nie dawał się skusić pokusom, które kusiły go kusząco pełnymi piersiami i ślicznymi buziami. Liczyła się tylko jego Kleopatra...

       Parę lat później - w związku ze zmianą prawa szwedzkiego na bardziej swobodne, świetną polityką gospodarczą i zagraniczną - Maciej był jednym z najpopularniejszych ludzi w Europie (znowu), a Kleopatra została prezydentem Laktacji Szwedzkiej, bo tak od tej pory nazywał się ten kraj.

       Wszystko więc było pięknie jak w bajce - totalny happy end... Małżeństwo było szczęśliwe, bogate, sławne... ale pewnego dnia Kleo wyznała coś Maciejowi...

       - Maciusiu... kochanie... Pamiętasz, jak kiedyś powiedziałam ci, że pragnę laktacji...

       - Ależ oczywiście, kochanie, jak mógłbym zapomnieć...

       - No więc ja nadal chcę!

       - Hm... wiesz, ludzie nie zgodzą się. Laktacja Szwedzka jest jeszcze okej, ale sama Laktacja... hm... cóż, nie da rady, nie teraz...

       - Ale ja chcę mieć z tobą dziecko!

       - No okej.

       I mieli dziecko. Nie jedno, nie dwoje... Urodziły im się trojaczki, trzy dziewczynki, wszystkie tak samo piękne jak Kleopatra i tak samo bystre jak Maciej (hm... no cóż... eee, szkoda słów, nie powiem więc nic na temat jego bystrości). Potem czworaczki (chłopcy)... Nikt nie mógł narzekać. Maciej, Kleo i dzieci byli szczęśliwi, Laktacja mlekiem (a jakże) i miodem płynęła...

       W końcu otworzyły się drzwi do krainy wiecznej szczęśliwości.

       W końcu.

       * * *

       Epilog:

       Wszystko mogło wyglądać o wiele mniej różowo, jeśli Maciej nie przestałby brać leków psychotropowych, a Kleopatra nie uciekła z Sille Bunte Hassu, gdzie... o psia krew, nie ma reklamodawców... koniec... szlag by to...






© 2001 Łukasz Jedynasty




(c) 1999-2009  Agnieszka i Łukasz Jedynaści